Na łeb, na szyję

Collapse
X
 
  • Czas
  • Pokaż
Clear All
new posts
  • trujnik
    Seksualnie Niewyżyty
    • Mar 2018
    • 201

    #16
    10.

    Jeszcze nie otworzyłam oczu, a wydarzenia wczorajszego dnia zaatakowały mnie z siłą, jakiej się nie spodziewałam, przesuwały się przed oczyma, początkowo bezładnie, pchając się jedne przed drugie, by po dość długim momencie ułożyć się w logiczny ciąg. Rozmowa Sama z Robertem, tępa twarz Tima, jego uparte milczenie. No ale tak na zdrowy rozum, co miał powiedzieć? Opisać mi swoich kolejnych facetów? Chorobę, która go trawi? Opowiadania Sama to jedno, ale przecież widziałam jego zakrwawione majtki, i to w tym miejscu, gdzie wszyscy chłopcy mają swoje siusiaki. Przecież nie ma menstruacji, do licha... Nawet chciałam z nim wtedy pogadać, ale zabrakło mi odwagi. O co zapytać? Jak to zrobić? O takich rzeczach nigdy się u nas nie rozmawiało. Jeszcze jak żył Konrad, mój mąż, to on załatwiał z Timem wszystkie męskie sprawy, jak go zabrakło, puściłam to na żywioł. Zresztą Tim nie zadawał kłopotliwych pytań, był do bólu samodzielny, nie musiałam nic robić. Dopiero gdy wszedł w okres dojrzewania, wcale nie tak dawno temu, widziałam jego początki na bieliźnie, którą zostawiał do prania. Nie żeby tego było dużo, niemniej widoczne. Nawet trochę brzydziłam się to brać do rąk, ale później mi jakoś minęło. Dopiero wtedy... Teraz to sobie mogłam wyrzucać, to już się nie odstanie. No i te dziwne krosty, o których mówił Sam. Jak mogłam to przeoczyć? Tim nie jest jakiś specjalnie wstydliwy, potrafi przejść przez dom z odkrytym torsem, kiedy zapomnę powiesić w łazience nowych ręczników do prania, nie sprawia mu to żadnego problemu. Zauważyłabym przecież... A może nie? Musiał się jakoś z tym kryć, to oczywiste. Gdyby to się zdarzyło w jakiś naturalny sposób, przecież poinformowałby mnie, czasem tak robi mi to od dziecka. Zawsze był małą marudą jeśli chodzi o zdrowie i leciał do mnie z każdym rozwalonym palcem, nawet najdrobniejszą ranką, z każdym kaszlnięciem. Nie to, co Sam, który gra supermena. Tim zaś lubi opiekę i to w obie strony. Zatroszczy się, gdy boli mnie głowa, zapyta, czy w czymś pomóc, zrobi herbaty z własnej inicjatywy. Zawsze uważałam go za dobre i kochane dziecko, a on mi się tak odpłacił... Jak mało wiem o swoich dzieciach. Te jego późne powroty ze szkoły też mnie nie martwiły, wiadomo, jest w tym wieku, kiedy ptaki powoli wyfruwają z gniazda. Domowe życie już tak nie bawi w tym wieku, mnie też nie bawiło. Wiadomo, potrzebuje kolegów, koleżanek. Dlatego siedziałam cicho, przekonana, że wszystko się mieści w jakichś ramach, przecież zawsze był taki spokojny i ułożony. Mnie matka starała się pilnować, a i tak nie upilnowała, przecież w wieku Tima byłam już po pierwszym razie. Nawet myślałam, że zaszłam w ciążę, zatrzymał mi się okres, specjalnie wywalałam watę tak, by matka widziała i była przekonana, że wszystko jest w porządku. A ten pierwszy raz... Byłam głupia i poszłam z pierwszym chłopakiem, który się nawinął. Chciałam to już mieć za sobą i nie świecić oczyma przed koleżankami, które dzieliły się swoimi doświadczeniami, mówiąc, że to takie fajne, podniecające i w ogóle siódme niebo. Wcale nie było fajnie, on się denerwował, ja też, lada chwila miała wrócić matka, pamiętam tylko jego papierosowym oddech i ból między nogami.
    Dlaczego uderzyłam Tima? Przecież miał już gorsze odzywki, to, co powiedział, było w innych sytuacjach nawet akceptowalne. Trudno mi się przyznać przed samą sobą, że po prostu zawiodły mnie nerwy. Dobrze, ale jak miały nie zawieść, skoro on wyprawia takie rzeczy? Czułam się, jakbym sama dostała w pysk, brudna, zmięta, ciśnięta o ścianę. Więc dlaczego on nie miał tego poczuć? Nie, nie biję dzieci, jeśli o to chodzi, bicie nie jest żadną cudowną receptą, załatwia sprawę tylko na chwilę i uspokaja sumienie, przekonując, że jednak coś w tej sprawie zrobiłam. Moi rodzice dla odmiany kilka razy przetrzepali my dupsko i doskonale wiedziałam, co myślałam w tamtej chwili i jak to działa u dziecka. Dlatego postanowiłam nie bić, nie licząc incydentalnego klapsa. Ile razy? Dwa? Trzy? I zawsze Samowi, Tim jakoś sobie nie zasłużył. Może trzeba było lać i patrzeć czy równo puchnie? To wtedy tym bardziej znalazłby sobie czułego i troskliwego tatusia, który zatroszczyłby się nie tylko o serce dzieciaka. Zresztą, na jedno wyszło.

    Z tego wszystkiego rozbolała mnie głowa. Leżeć, wstać jak najpóźniej – mówiłam do siebie. Mimo wszystko nie chciałam spotykać się ze wzrokiem Tima. Od czasu, kiedy wymierzyłam mu ten policzek, zaciął się i nie odezwał się do mnie ani razu. Pewne jak w szwajcarskim banku, że dziś też będzie kontynuował swój strajk. W zasadzie powinnam mu zejść z drogi na cały dzień, tyle że właśnie wymagał dozoru i szczególnej opieki. O nie, nie puszczę go już więcej samopas, koniec tego dobrego. Może nawet wyjdę za mąż, byle zapewnić mu kontrolę dwadzieścia cztery na siedem. Popatrzyłam na zegarek. Piętnaście po siódmej. Za chwilę zacznie dzwonić budzik. Wyłączyłam go na pięć minut przed akcją i poszłam poszukać torebki, w której były tabletki od bólu głowy. Na łóżko Tima nawet nie spojrzałam. Po co? Będzie chciał wstać to wstanie. Zażyłam proszek, popiłam wodą z kranu i wróciłam do łóżka. Jeszcze nie rozłożyłam się wygodnie, gdy usłyszałam pukanie.
    – Kto tam – zapytałam głośno.
    – Lilka, otwórz – usłyszałam głos Roberta. No bez przesady, przecież zobaczymy się za pół godziny przy śniadaniu. Lubię człowieka, może nawet coś odrobinę więcej, ale to nie znaczy, że będzie mną rządził i przychodził, kiedy chce.
    – Nie mogę, spotkamy się w stołówce! – odkrzyknęłam, nie troszcząc się o to, czy Tim śpi czy nie. W końcu i tak pora wstawać.
    – Lila, to naprawdę ważne, otwórz.
    Co może być takiego ważnego? Najpewniej coś się stało z Maćkiem, bo co może mieć do mnie Robert? znamy się niecały tydzień, przespaliśmy się zaledwie raz... Jeden cudowny raz. Zarzuciłam szlafrok, poprawiłam fryzurę, na chybcika przejechałam szminką po wargach i nie zapalając światła podeszłam do drzwi.

    – Lila, jest Tim? – zapytał bez wstępów. Mógłby się przynajmniej przywitać. Popatrzyłam na jego twarz, która nie zdradzała żadnych objawów zdenerwowania. Po cholerę mu Tim? Chyba jednak coś z Maćkiem.
    – Śpi – odpowiedziałam.
    – Czy jesteś tego absolutnie pewna? – zapytał takim tonem, że machinalnie obejrzałam się za siebie. Tim spał chyba zwinięty w kłębek, jak lubi najbardziej. Przynajmniej tak wywnioskowałam z pościeli, którą dostrzegłam w ciemności.
    – No chyba tak...
    – To obudź go koniecznie, Maciej zniknął.
    – Jak to zniknął? – zdziwiłam się. – Znów jakaś heca z zamianą łóżek? – zastanawiałam się głośno. – Przecież zamknęłam Tima na cały wieczór, a jak wróciłam, był sam.
    – Nie gadaj, tylko natychmiast obudź Tima – zażądał Robert zdecydowanym tonem, którego u niego jeszcze nie słyszałam. Podeszłam do łóżka.
    – Tim!
    Żadnej reakcji. Dotknęłam koca na wysokości ramienia. Ręka, zamiast zatrzymać się na ciele, zanurzyła się w pościeli. Zdenerwowana rzuciłam się do drzwi zapalić światło. Łóżko chłopca było puste, a "ciało" wypełnione moimi kurtkami.

    – Pewnie są gdzieś w Szklarskiej Porębie – powiedział Robert, kiedy już ochłonęliśmy po pierwszym szoku i przy śniadaniu zastanawialiśmy się, co robić dalej. – Jak zjemy, wezmę auto i pojeżdżę. Przecież nie mogli opuścić miasta, nie mieli żadnych pieniędzy.
    – Tim ma ponad tysiąc funtów na swoim koncie i kartę debitową – wyprowadziłam go z błędu. – Z taką forsą można naprawdę sporo zrobić. Co prawda on jest straszna kutwa, oszczędza na samochód i nie wyda nic na żadną przyjemność, tego jestem raczej pewna. Nie ma szans, by ufundował Maćkowi wycieczkę.
    – A ja sądzę nieco inaczej – zaoponował Robert. – Wiesz Lila, ja ich trochę obserwuję, bo przecież siedzą non stop w naszym pokoju. Tim może i jest samodzielny i niegłupi, ale Maciej nieźle zawrócił mu w głowie. Wczoraj obserwowałem ich przy kolacji, po tej awanturze u ciebie na górze. Oni nie zamienili ani słowa a rozumieli się idealnie. I sądzę, że Tim mógłby wydać na Macieja nie tysiąc a dziesięć tysięcy funtów.
    Chyba miał rację.
    – Ruszmy się, zróbmy coś – zdenerwowałam się. – Zawiadommy policję, jedźmy do miasta, może rzeczywiście gdzieś tam są, na jakimś śniadaniu, czy w jakimś lokalu.
    Twarz Roberta była nieodgadniona.
    – Na policję pojedziemy dopiero, jak przeczeszemy całe miasto. Zresztą sądzę, że to będzie niepotrzebne i się znajdą bez policji.
    Zauważyłam cień, który przemknął przez twarz Roberta, kiedy padło słowo policja. Czyżby miał coś na sumieniu? Może jest poszukiwany? Nie wyglądał na takiego, przecież zachowywał się zupełnie normalnie. Popatrzyłam na niego i pierwsze, co przy tym spojrzeniu zwróciło moją uwagę, to obrączka. Wielka, złota obrączka małżeńska na serdecznym palcu. No jasne, przecież to groziło niebezpieczeństwem w domu. Policja zacznie pewnie od szukania ich w domu w Poznaniu. Wtedy dowie się jego żona, i to o wszystkim, o wypadku, o którym na razie nie wie, o zniknięciu syna, wreszcie, co dla mnie było szczególnie istotne, o naszym romansie. Dla niego zapewne też i postanowił ratować, co jeszcze się da. Nie zazdrościłam mu tej sytuacji. Ponadto do końca nie dochodziło do mnie, że chłopcy zniknęli, byłam skłonna przypuszczać, że po prostu się gdzieś zawieruszyli, wyszli na colę czy po drożdżówki.
    – Dobra, to zbierajmy się – powiedział zrezygnowany i popatrzył na mnie jakoś dziwnie.
    onanizm po węgiersku – vàlenye kőnyà

    Skomentuj

    • trujnik
      Seksualnie Niewyżyty
      • Mar 2018
      • 201

      #17
      Zanim wyjechaliśmy pytaliśmy tych, którzy zamarudzili na narty lub z innych powodów nie opuścili pensjonatu, jakieś siedem, osiem osób, czy nie widzieli przypadkiem naszych synów. Personelu w nocy nie ma, mogliśmy liczyć tylko na wczasowiczów, jednak nikt nie potrafił sobie niczego konkretnego przypomnieć. Tylko jeden mężczyzna w starszym wieku, na pewno po pięćdziesiątce, w eleganckim dresie powiedział, że wydawało mu się, że widział jakieś cienie na korytarzu, nad ranem.
      – O której to mogło być? – zapytałam, choć nie wiem, czy chciałam usłyszeć odpowiedź. Im później tym lepiej...
      – Jakieś dwadzieścia po czwartej – odpowiedział mężczyzna po zastanowieniu. – Ale niech państwo nie biorę tego za pewnik, może mi się tylko wydawało.
      Z jego twarzy wywnioskowałam, że bardzo niewygodnie mu się, było przyznać, że tak późno wracał z miasta, jakby wcześniej był u kochanki. A może istotnie był? Tu w każdym razie przyjechał z żoną, chyba żoną, sporo młodszą od siebie, której twarz kojarzyłam sobie z jakimś serialem. A może po prostu ona był żoną a on mężem w innej konfiguracji? Zresztą, co to mnie obchodzi? Zdaje się, że mam inny problem...

      Z początku Robert krążył po głównej ulicy Szklarskiej, co oczywiście nic nie dało, chyba żadne z nas nie spodziewało się ich tu znaleźć, tyle że nikt nie miał odwagi powiedzieć tego na głos. Nie było ich ani w Biedronce, ani w tanim barze dla turystów.
      – To miasto ma tylko jedną ulicę? – zapytałam, widząc, że Robert zawrócił, zresztą wbrew przepisom. Szklarskiej nie znałam i poza drogą na stok narciarski nie znałam niczego innego.
      – Są, ale na nich nic nie ma, domy prywatne i pensjonaty. Może podskoczymy na oba wodospady?
      No był to jakiś pomysł, choć wątpię, by zabrali się za wycieczki krajoznawcze. Tim jest raczej typem domatora, nie wychodzi bez potrzeby, choć teraz już niczego nie byłam pewna. Zresztą wspominał, że byli obejrzeć jakiś wodospad a Sam mu zazdrościł i jęczał o nim do samego wieczora, stąd to pamiętam. W pół godziny zaliczyliśmy oba, oczywiście bezskutecznie. Bufetowy co prawda mówił, że widział dwóch chłopców o podobnym wyglądzie, jednak trzy dni temu.
      – A dziś rano, jak pan jechał do pracy, nie? – mój ton stawał się coraz bardziej agresywny, tak jakbym obwiniała go za to, że widział moje dziecko.
      – Niestety nie – pokiwał smutno głową. – Oni są tak charakterystyczni, że poznałbym ich od razu. Tu ich nie było – powtórzył na zakończenie.
      Krążyliśmy jeszcze jakiś czas po mieście, Robert zwalniał na widok każdego chłopca wieku od dwunastu dom szesnastu lat i to tak, że gdyby nie kobieta na miejscu pasażera, można by spokojnie powiedzieć, że to pedofil. Dziewczynek też nie oszczędzał.
      – A może stację kolejową sprawdzimy? – zaproponowałam, a Robert zerknął na mapę.
      – Są trzy, ale chyba Dolnej i Średniej nie ma sensu – powiedział z powątpiewaniem i ruszył z miejsca z potężną szprycą śniegu spod kół. Po kilku minutach byliśmy na miejscu. Stacja w Szklarskiej Porębie mieści się w starym, stylowym budynku, który jednak dramatycznie wołał o porządnego gospodarza. Gdyby nie nastrój, mogłabym nawet powiedzieć, że jak na stację kolejową było to miejsce urokliwe, z drugiej strony torów stację kończyła prawie pionowa, urwista skalna ściana. Nie byłam w nastroju do kontemplacji architektury, więc z miejsca udałam się do kasy biletowej.
      – Jakiś chłopiec kupował dwa bilety do Wrocławia, ale nic więcej pani nie powiem – powiedziała kasjerka z wahaniem w głosie. Jaka szkoda, że nie miałam zdjęcia Tima przy sobie.... Postarałam się opisać go najdokładniej jak potrafiłam i błagalnie patrzyłam na starszą kobietę w eleganckim niebieskim fartuchu.
      – Wygląda, że ten – odpowiedziała.
      – Sam był? – zapytał Robert, pochylony obok mnie nad okienkiem kasowym.
      – Tu był sam – odpowiedziała kasjerka. – Ale to nic nie znaczy, przecież na peron można wejść z pominięciem budynku dworca. Ci, którzy mają miesięczne czy powrotne, tak robią. No i dobrze, bo otwierają drzwi jakby wchodzili do obory i zimno się robi – kasjerka uznała rozmowę za skończoną, zwłaszcza że za nami zaczynał się robić wcale pokaźny ogonek. Chciałam jeszcze pytać pracowników stacji, ale Robert zdecydowanie odmówił.
      – Lilka, od tego jest policja, chyba nam nic nie zostało innego.
      – W ogóle od tego powinniśmy zacząć – wpadłam mu w słowo, rozwścieczona, nawet nie wiem, z jakiego powodu. – To przez ciebie marnujemy nasz czas. Oni już są we Wrocławiu...
      – Przede wszystkim nie wiadomo, czy to oni. Są ferie, to po pierwsze. Rodzic dał dzieciakowi pieniądze, by kupił bilety w kasie a sam poszedł na peron, bierzesz pod uwagę taką sytuację?

      Jeszcze pokręciliśmy się po mieście dobrą godzinę, kiedy Robert odmówił dalszej pracy.
      – To jest bez sensu – mruknął parkując przed Biedronką. – Chyba jednak będziemy w końcu uderzyć na ten komisariat, nie ma innego wyjścia. – Wypijmy jakąś kawę i jedziemy.
      – W takim momencie chcesz pić kawę? – rzuciłam się na niego, prawie z pazurami. Teraz Robert zaczął być problemem. Faceci zresztą stanowią problem niezależnie od wieku, co właśnie się sprawdzało.
      – Wyglądasz tak, że ciężko cię pokazać światu, prawie jak topielica – spokojnie odparł Robert. – Wypijesz kawę, poprawisz makijaż, będziesz przynajmniej wyglądać wiarygodnie. I nie urządzaj tam histerii, proszę cię.
      – Bo to twoja wina! – krzyknęłam i wygramoliłam się z seata Roberta. – Gdyby nie ten cholerny Maciej, nic by się nie stało! – już prawie wrzasnęłam, po czym położyłam rękę na dachu auta i zaniosłam się płaczem. Zdaje się, że zrobiliśmy niezłe widowisko, bo przecież do Biedronki waliły tłumy.
      – I gdyby nie ja to Maciej nie miałby tej wysypki na całym ciele? – ironizował Robert. Co za bydlę, w takim momencie wypominać mi, że nie zajmuję się synem... Chyba jednak przerwę ten romans, przecież nie będę zadawać się z cynikiem. A sprawę wysypki będę roztrząsała sama, nie chcę żadnej pomocy, obejdzie się.
      – Lila, opamiętaj się – powiedział Robert, kładąc mi rękę na ramieniu. – Teraz chyba nie będziemy się kłócić?
      Jego dotyk zadziałał na mnie magicznie i po chwili, uspokojona, piłam kawę. Chyba jednak nie przerwę tego romansu...

      – Czy chłopcy uciekli po jakiejś awanturze w domu? – zapytał starszy, wąsaty policjant. Wyglądał na takiego, który naprawdę chciał nam pomóc.
      – Chyba nie... – odpowiedziałam. Przecież nie będę go wtajemniczać we wszystko, co się wydarzyło. Zwłaszcza moje podejrzenia, że ukochany synek zamienił się w męską dziwkę, nie przeszłyby mi przez gardło. Jak tu zrobić tak, by powiedzieć i nie powiedzieć jednocześnie?
      – Proszę panią, nie mówiąc wszystkiego szkodzi pani nie tylko sobie, ale przede wszystkim chłopcom, prawda? A na pewno pani tego nie chce.
      Popatrzyłam na Roberta, ale on siedział cicho, odzywając się tylko wtedy, kiedy to naprawdę było konieczne, przy podawaniu rysopisu, wzrostu, wagi i tym podobnych szczegółów. Może to dziwne, ale w tamtym momencie dopiero do końca zrozumiałam, że zaginął mój syn. Ale wzrost wzrostem, waga wagą, ale od naszych domowych sprzeczek niech się odczepi.
      – No trochę się pokłóciliśmy jeszcze o nasze angielskie czasy, to naprawdę nie ma nic wspólnego ze sprawą. Poszło o kolegów Tima – powiedziałam, zastanawiając się, czy sześćdziesięcioletni dziad może być kolegą dla piętnastolatka. Strasznie głupio to zabrzmiało... Policjant pokiwał głową i zadawał inne pytanie. Robert solidarnie zeznawał tak jak ja.
      – Szkoda, że nie mają państwo żadnego zdjęcia – powiedział funkcjonariusz – i szkoda, że państwo nie mówią nam wszystkiego do końca – dorzucił. – W każdym razie bardzo prosiłbym poszukać fotografii, to bardzo ułatwia nam pracę – dodał na zakończenie.

      Wracaliśmy do pensjonatu, gdy Robert nagle zahamował, z piskiem opon. Dobrze, że było to tuż przy skrzyżowaniu.
      – Patrz – powiedział.
      – Co, gdzie – zapytałam wyrwana z otępienia i odrywając wzrok od śnieżnych kolein, które bezwiednie śledziłam.
      – No tu – pokazał na stojący niedaleko kiosk Ruchu. – To chyba oni.
      – Co, gdzie jak – krzyknęłam. Wyszukiwałam znajomych sylwetek, tymczasem w pobliżu było pusto, nie licząc starszej kobiety z reklamówką wypełnioną zakupami.
      – No na kiosku – zniecierpliwił się Robert. – Tam, gdzie są reklamy dzisiejszych gazet.
      Istotnie, na jednej z okładek było zdjęcie jakichś dwóch chłopców, choć z tej odległości mogłyby to być równie dobrze dziewczynki z przedszkola, jak i pensjonariuszki domu spokojnej starości. Ale ten Robert ma oko!
      – Poczekaj, zaparkuję i obadam sprawę – powiedział.
      Po chwili przyszedł z naręczem lokalnych gazet. Pierwsza strona zapełniona była jednym zdjęciem. Maciej siedzi na zielonych, plastikowych saniach, z bardzo rzucającymi się w oczy rękami w gipsie a obok stoi Tim i karmi go drożdżówką. Wszystko to w głębokim śniegu i z ośnieżonymi sosnami w tle. Podpis literami wielkości wołu "Zima w pełni". Mimowolnie wybuchłam szlochem. Ta fotografia była kwintesencją wszystkiego, co zaszło tu, w Szklarskiej Porębie. I pokazywała dwie istoty, które są tylko dla siebie.
      – Piękne zdjęcie – powiedział słabym głosem Robert. Założę się, że gdyby nie moja obecność, rozpłakałby się tak samo jak ja...
      – Wracajmy z tym na policję, a później do małego do szpitala. Ty mi się dziś nie nadajesz do jeżdżenia – zarządził, kiedy doszliśmy do siebie. Aż do samego komisariatu nie patrzyłam na drogę, a na okładkę gazety.

      – Weź ten laptop – poprosił mnie Robert, kiedy przejeżdżaliśmy koło pensjonatu. – Sama obejrzysz te zdjęcia, zobaczysz, ile są warte i co to za ludzie.
      – A skąd mogę wiedzieć? – powiedziałam może za bardzo opryskliwie. – Bristol ma prawie pół miliona mieszkańców, z których znam maksymalnie sto osób.
      – Może się coś wyjaśni, skąd wiesz.
      Nie wiedziałam, w ogóle nie byłam w nastroju do męczenia chorego Sama z tego powodu. Z ociąganiem wysiadłam z samochodu i weszłam na piętro. Wpadłam do pokoju, tym razem już wiedząc, gdzie jest laptop, więc zajęło mi to niecałą minutę. Aha, jeszcze zasilacz – przypomniałam sobie zamykając drzwi.

      – Sam, ale to naprawdę konieczne, żebym zobaczyła te zdjęcia – perorowałam – możliwe, że Tim znajduje się w niebezpieczeństwie. Lepiej wiedzieć niż nie.
      – Ale ja je skasowałem – bronił się mały.
      – Jak to mogłeś skasować, skoro całą noc laptop był w domu – zgasiłam go. Jak było do przewidzenia, Sam przyjął zniknięcie chłopców jako sensację, niespecjalnie martwiąc się ich losem. Nawet jeśli, to nie dał tego po sobie poznać. Raczej interesowała go wizyta na policji, o czym z kolei ja nie chciałam mówić, bo była to dla mnie porażka. I wychowawcza, i wizerunkowa, ogólny śmietnik i pomyje.
      – No opcją "skasuj". Po co mam to trzymać?
      I wtedy stało się coś, czego w ogóle nie brałam pod uwagę. Robert wstał ze swego siedzenia przy ścianie, bez słowa poszedł do łóżka chłopca i bez pytania wyszarpnął mu komputer.
      – Moje, nie ruszać! – zaprotestował gorliwie, co jednak na Robercie nie zrobiło żadnego wrażenia. Wrócił na swoje miejsce z laptopem w ręce i zaczął wertować zawartość folderów.
      – Patrz, to zdjęcie – powiedział, gdy w tym momencie przytrzymywałam Sama, by nie wyszedł z łóżka. Wyglądał tak, jakby miał się rzucić na Roberta. Rzuciłam okiem na fotografię i zdumiałam się.
      – To? Przecież to piekarz, u którego Tim pracuje. Ma żonę i pięcioro dzieci. Widzisz, nawet w tle są półki piekarni, puste, bo on przychodzi po południu, kiedy całe pieczywo jest już sprzedane.
      – A to? – pokazał mi następne. Ta fotografia była zrobiona podczas wycieczki Tima do Francji. Znałam ją, z tym że to było zdjęcie całej klasy, a Tim stał koło nauczyciela, który go obejmował. Tu było to starannie wykadrowane, tylko dwie osoby. Rzeczywiście, bez kontekstu i bez znajomości osób na zdjęciach można by mieć różne myśli.
      – To też zobacz – Robert pokazał następną fotografię, tym razem, ojca Sama z Timem, kiedy pojechali na pchli targ do Cheddaru.
      – Myślę, że wystarczy – powiedział Robert wysłuchawszy moich tłumaczeń. – Teraz byśmy chcieli, byś nam powiedział, dlaczego to zrobiłeś – zwrócił się do patrzącego w sufit Sama, który nagle zaczął być bardzo chory. Ponadto wcale nie wyglądał na takiego, który zrozumiał, że zrobił źle.
      – Bo nie pozwolę, by Sam i Maciej byli razem – powiedział z zaciętością, której nigdy nie słyszałam u dziecka w jego wieku. – Bo normalna para to chłopak i dziewczyna, no nie? Nie chcę mieć brata pedała, tfu! – wykrzyknął i splunął na podłogę. Jakie to szczęście, że był w separatce, choć dyżurna pielęgniarka słysząc poruszenie zajrzała na chwilę do salki... – Ja to zrobiłem tylko dla ich dobra, Maćka też, bo go bardzo lubię – zakończył zaczerwieniony z emocji.

      Całość na: http://chomikuj.pl/trujnik
      onanizm po węgiersku – vàlenye kőnyà

      Skomentuj

      • trujnik
        Seksualnie Niewyżyty
        • Mar 2018
        • 201

        #18
        11.

        Za oknem świtało. Otworzyłem oczy i ponownie je zamknąłem, by otworzyć je jeszcze raz, już bardziej świadomie. Nie, to nie był sen. Pociąg mknął przez fioletowobiałe pole, gdzieniegdzie pojawiały się chatki oświetlone na zewnątrz mlecznym światłem. Pociąg syknął groźnie i zaczął hamować przed następną stacją. Dobudziło mnie agresywne światło w wagonie, drażniące oczy i nos.
        – Następna stacja Boguszów-Gorce – zapowiedział damski głos w dwóch językach. – Destination Wrocław Główny.
        Zatem prawdziwe, jak najbardziej prawdziwe. Udało się! Dlaczego tak się denerwowałem na stacji w Szklarskiej Porębie? Zwłaszcza ten policjant napędził mi strachu, szedł w naszym kierunku tak, jakby chciał nas wylegitymować, a serce mało nie wyskoczyło mi przez gardło. Jeszcze nigdy w życiu nie uciekałem, nie licząc jakichś wagarów w szkole, ale to tylko z jednej lekcji. Nikt się zresztą nie skapował i nawet matka się nie dowiedziała. Teraz na pewno się dowie... Co będzie dalej? Matka jak matka, ale ojciec... Tak naprawdę to niczym mi nie podpadł. Z tego, co mówił, zrozumiałem, że bardziej się boi o mnie niż ma mi za złe przyjaźń z Timem. Przecież Tim go w końcu ubłagał, byśmy kolację zjedli razem. Tę ostatnią w Szklarskiej Porębie. Ale przecież nie zostawię chłopaka samego. Na początku, kiedy zdradzał mi swój plan, byłem nastawiony sceptycznie. Dopiero świadomość, że już nie będzie go przy mnie, sprawiła, że powiedziałem końcowe "tak", zwłaszcza że efekt ucieczki będzie o wiele większy. Nie będę ukrywał, że walczę również o siebie, bo jednak życie bez Tima nie będzie już takie samo. I, jeśli nastąpi, będzie podłe.
        – Dzień dobry państwu, proszę bilety do kontroli – usłyszałem męski głos gdzieś z tyłu wagonu. Miałem głowę opartą o ramię Tima i nie chcąc, by konduktor pomyślał sobie czegoś głupiego, zerwałem się tak, że Tim, który dotąd nie reagował na żadne dźwięki, od razu otworzył oczy.
        – Wszystko w porządku? – mruknął rozglądając się dokoła. Był jeszcze bardziej zamroczony niż ja, jednak na moje potrzeby wyglądał przez to jeszcze korzystniej. Kto jeszcze może oglądać go w takiej sytuacji i cieszyć się tym widokiem? Nawet czułem się mniej senny, mimo że w nocy spaliśmy raptem cztery godziny.
        – Legitymację proszę – powiedział starszy konduktor w eleganckim garniturze i sporym wybrzuszeniem w miejscu, które do niedawna wcale mnie nie interesowało, przypatrując się uważnie naszym biletom. Aha, zaczyna się – zdenerwowałem się. Pierwszy, który może zapamiętać moje nazwisko, a miałem bardzo charakterystyczne, nazywam się bowiem Zając. Łatwe do zapamiętania i nikt go nie mylił, jak innych kumpli z klasy, choć ludzie potrafili i nazwisko Nowak przeinaczyć na jakichś Nowackich, Nowaczyków i podobnych. Mam koleżankę Milenę Nowak w klasie i już się nasłuchałem różnych wersji najpopularniejszego nazwiska w Polsce. Myślałem zawsze, że nazwisko będzie działało na moją korzyść, a tu może być wręcz przeciwnie. Z niejakim ociąganiem podałem legitymację łudząc się, że konduktor znudzi się czekaniem. Nie znudził się, ale na szczęście niezbyt długo się w nią wpatrywał. Znów smacznie ułożyłem się na ramieniu Tima. Jeszcze chętniej ułożyłbym głowę na jego kolanach, ale po prostu nie było na to miejsca. Te nowe pociągi są może i szybkie i eleganckie, ale na pewno nie są wygodne.
        – Śpijmy jeszcze, później może być różnie – powiedział Tim tym samym, rozespanym głosem. – Wszystko w porządku? Nie chcesz jeść, pić czy cokolwiek innego?
        – Nie, chcę spać – powiedziałem, opierając się na jego ramieniu. Tak naprawdę w kącie mojego siedzenia był wygodny zagłówek, ale chciałem być tak blisko Tima, jak to możliwe. Dodawało mi to pewności i czegoś nie do końca określonego, ale potrzebnego.

        Wychodząc z pociągu na peron wrocławskiego dworca patrzyłem uważnie, wypatrując patroli policji. Było wpół do dziewiątej, nasi rodzice na pewno już wiedzą o ucieczce. Ciekawe jak zareagowali? Ojciec pewnie spokojnie, a matka Tima? Czy od razu powiadomili policję? Moje myśli powędrowały po raz pierwszy tego dnia do domu.
        – Przypomnij mi, o której jest ten autobus – poprosiłem Tima, gdy schodami ruchomymi zjeżdżaliśmy do wyjścia na miasto.
        – O dziesiątej. Nie mamy za wiele czasu, a jeszcze musimy zrobić zakupy. Nie mamy nic do żarcia a czeka nas wiele godzin w drodze. Poza tym nasze plecaki są za lekkie.
        – Jak to za lekkie – zdziwiłem się.
        – No wyglądamy, jak byśmy się wybrali do Biedronki po bułki. No najwyżej do zoo, ponoć jest tu ciekawy ogród zoologiczny.
        – To chyba dobrze? – zastanowiłem się. – Nikt nie będzie nam się przypatrywał.
        – Już same twoje ręce wystarczą, by pół miasta zwróciło na nas uwagę – szydził Tim. – Chyba bardziej wyróżniać się nie można. No chyba żebyś miał fiuta na czole.
        – Ja? A dlaczego nie ty? – skontrowałem. Tim nareszcie zaczął być w dobrym humorze, chyba tak naprawdę po raz pierwszy, odkąd go poznałem, co pomagało również mnie. Minęliśmy główny hol dworca i wyszliśmy na zewnątrz. Tu śnieg nie był tak intensywny i tak biały, jak w Szklarskiej. Tymczasem Tim zauważył charakterystyczny żółtoczerwony szyld Biedronki i wykonał nagły skręt w lewo. Mało na mnie nie wpadł.
        – O i nawet zakupy mamy blisko – powiedział.

        Wkrótce mieliśmy już zapasy na całą drogę: chleb, czipsy, kilka butelek pepsi, drożdżówki, jakieś parówki i oczywiście masę słodyczy, bez których mój nowy przyjaciel nie mógł się obejść. Mnie było wszystko jedno. Jest baton to go zjem, nie ma – niewielka strata.
        – Jeszcze musimy wejść do jakiegoś sklepu z odzieżą – powiedział, gdy czekaliśmy w kolejce do kasy. – Po pierwsze, nie możemy za szybko pojawić się na dworcu autobusowym, bo tam może być policja, po drugie zapomniałeś czapki, przydałyby ci się rękawiczki, w nich nie widać tak bardzo gipsu jak teraz. A najlepiej by ci zmienić kurtkę. Nasi starzy widzą, w co byliśmy ubrani, przecież znają nasze rzeczy, nie? W końcu sami nas pakowali. Gliny będą szukać dwóch chłopaków w niebieskich kurtkach. Tymczasem jak jeden będzie miał czerwoną, to zgłupieją i nawet na nas nie popatrzą.
        Więc myśli to samo co ja, tyle że lepiej się maskuje, pomyślałem. Ten humor i beztroska musi być pewnie dla mnie, a w rzeczywistości boi się tak samo jak ja, a może jeszcze bardziej... Złapałem się na tym, że rzadko zastanawiałem się, co inni o mnie myślą i jak się wobec mnie zachowują, zwłaszcza jeśli nie przekraczało to dopuszczalnych granic. Czy zależy im na mnie czy traktują mnie jak zło konieczne? Kiedyś było mi to doskonale obojętne, ten etap się chyba zakończył, chyba od momentu, kiedy ojciec podciągnął mi majtki i pierwszy raz po dziesięciu latach pocałował mnie na dobranoc. Odtąd świat zaczął być zupełnie inny. Czy on wie, co zrobił? Gdyby nie on, nie byłoby Tima, bo przecież nie zacząłbym nagle myśleć o chłopaku, nie byłoby ucieczki, nie prowokowałbym go tak chamsko, jak tego pierwszego dnia, może nawet nie zgodziłbym się, by mnie wykąpał, bo niby z jakiej racji... Może byłbym zwykłym, normalnym chłopcem, znalazłbym dziewczynę, ożeniłbym się i spłodzilibyśmy potwora podobnego do Sama. Tato, coś ty najlepszego zrobił?

        – Tim, nie podoba mi się jedna rzecz – powiedziałem obserwując go lawirującego między stoiskami nowej galerii handlowej z drugiej strony dworca, z reklamówką wypchaną czapką, rękawiczkami i innymi drobiazgami. Olśniło mnie nagle, że on te wszystkie rzeczy kupuje dla mnie i zaczęło mnie to powoli wkurzać. Dlaczego nie myśli o sobie? Przecież równie dobrze tę kurtkę mógłby kupić dla siebie, a czapkę o wiele tańszą.
        – Mnie się wiele rzeczy nie podoba – odparł refleksyjnie. – Co cię ugryzło? Patrz, ten sweter przydałby ci się w autobusie, jakby zrobiło ci się zimno, chcesz?
        – Nie – odpowiedziałem chłodno. – I nic więcej już mi nie kupuj, najlepiej, gdybyśmy opuścili ten *******nik – dokończyłem oschle. Tim zorientował się z tonu mojego głosu, że coś jest nie tak.
        – O co ci chodzi? – zapytał patrząc na mnie uważnie.
        – O to, że wydajesz na mnie ciężko zapracowane pieniądze, które przeznaczyłeś na co innego i to coś,na czym ci bardzo zależy. Ja naprawdę nie będę miał ci z czego oddać, a prezentów nie chcę.
        – Nikt nie będzie cię prosił o oddanie. To jest mój pomysł i to ja od początku do końca odpowiadam za jego wykonanie. I nie rób sobie żadnych wyrzutów, jeśli o to chodzi.
        Mimo że mnie jakoś przekonał, nie czułem się z tym najlepiej i atmosfera między nami była na dłuższą chwilę zwarzona. W milczeniu patrzyłem, jak przepastna reklamówka pochłania kolejne zakupy i wcale nie było mi z tym dobrze. Podejrzewam, że gdybym, tak jak w bajce o dziewczynce z zapałkami zamarzył sobie poziomek w lutym, Tim zapytałby tylko, czy mają być z Borów Tucholskich czy z Puszczy Białowieskiej.

        – Tim, jest problem – poinformowałem go, gdy w głębi kawiarenki przepakowywaliśmy zakupy z reklamówek do plecaka. W jej wnętrzu nie było za wiele ludzi i na szczęście przysłowiowy pies z kulawą nogą nie zwracał na nas uwagi. Postanowiliśmy, że na dworcu autobusowym pojawimy się na dziesięć minut przed odjazdem autobusu, by nie wzbudzać niepotrzebnych podejrzeń. Jest takie powiedzenie "strzeżonego pan Bóg strzeże" i tu właśnie znajdowało zastosowanie.
        – Mianowicie?
        – No sikać mi się chce... W tych spodniach i kurtce sam nie dam sobie rady. W domu jestem w dresie i...
        – Nie tłumacz się – odpowiedział spokojnie. – Pomogę ci, nie ma sprawy.
        Dokończyliśmy pakowanie i bez większych problemów znaleźliśmy toaletę dla niepełnosprawnych, taką dużą, w której zmieści się kilka osób. Zanim jednak weszliśmy do środka, Tim obejrzał się kilka razy.
        – Nie teraz – wysyczał i przytrzymał mnie ręką. Po chwili jednak puścił i sam otworzył drzwi.
        – Co się stało?
        – Ktoś się na nas patrzył, zresztą nieistotne.
        – Mów kto – zdenerwowałem się. – Może już nas szukają?
        – Szukać pewnie już szukają – popatrzył na zegarek – na mój rozum są właśnie na policji albo tam jadą. Chodziło mi o taką babę o wrednej twarzy, taką, która wygląda na plotkarę. Już widzę, jak rozpowiada, że dwóch chłopaków weszło razem do ustępu. Jak zobaczy komunikat policji w telewizji, bo mogą nadać, to pierwsza poleci nas zakablować. Tak przy okazji, mamy dwadzieścia minut do autobusu.
        Jaki on jest ostrożny... Ale to chyba dobrze, ja nie pomyślałbym o połowie tych rzeczy, co on, nawet nie przyszłyby mi do głowy. Tymczasem rozbierał mnie energicznie, zupełnie inaczej niż przedwczoraj, kiedy szliśmy razem do łóżka.
        – No dawaj malucha.
        Tim obserwował żółty potok moczu, trzymając mojego siusiaka trzema palcami. Już mi trochę zesztywniał w ręku, liczyłem na to, że jeszcze będzie mała przyjemność przed autobusem.
        – Innych rzeczy nie musisz? – zapytał. – Bo w autobusie może być kiepsko a wątpię, by było wiele przystanków po drodze.
        – Nie, dobra jest.
        – To na razie, kochane maleństwo – powiedział lokując mój członek w slipkach. On mówi do mojego siusiaka! No tego jeszcze nie było... Pewnie nie czeka na odpowiedź?
        – Powinienem ci slipki zmienić, bo cię poobciera, ale już na to nie mamy czasu – dotknął mi pachwiny i przejechał palcem od bioder po udo. – A teraz pędem na dworzec, bo zostało naprawdę niewiele czasu.
        onanizm po węgiersku – vàlenye kőnyà

        Skomentuj

        • trujnik
          Seksualnie Niewyżyty
          • Mar 2018
          • 201

          #19
          – Dokumenty są? – zapytał wąsaty kierowca oglądając komórkę Tima z potwierdzeniem zapłaty za bilet.
          – Tak – odpowiedział i wyjął z kieszonki w plecaku brytyjski paszport. Kierowca na widok okładki machnął ręką, nie zajrzał do środka, nawet nie musiałem wyjmować swojego dowodu osobistego.
          – Ale bagaże kawalerowie muszą zostawić – powiedział wskazując na nasze plecaki. – W wozie jest niewiele miejsca. I pewnie chcecie siedzieć koło siebie, tym razem możecie, do Legnicy będzie pustawo.
          Oczywiście że chcieliśmy. Tim szybko przepakował jedzenie do reklamówek i po chwili siedzieliśmy wygodnie obok siebie na tyle autobusu, obserwując brudny, topniejący śnieg na ulicach Wrocławia. Dla nas zima się chyba już skończyła. Tymczasem autobus wjechał na autostradę i wesoło mknął przed siebie. Słyszałem o licznych korkach na tej drodze, myśmy chyba mieli więcej szczęścia, bo kierowca nie zdejmował z gazu, wkrótce pojawiły się niebieskie znaki na Legnicę. Coś za dobrze nam idzie. Najtrudniejsze dotąd miejsce czyli Wrocław pokonaliśmy w miarę bezproblemowo. Może to ręka samego Boga? O ile nie wierzyłem w amorka strzelającego zatrutymi strzałami, o tyle Boga nie odrzucałem aż tak jednoznacznie. Coś w tym musi jednak być, bo czasem trudno niektóre rzeczy wytłumaczyć inaczej jak tylko boską ingerencją. Chociażby naszą sąsiadkę, panią Kalinowską, której lekarze kilka lat temu dawali pół roku życia, a ona żyje do dziś i jest najbardziej krzepką babą w okolicy. A może to właśnie Bóg sprawił, że spotkaliśmy się z Timem? Nawet za cenę rozwalonych nadgarstków? Bo nadgarstki się w końcu zagoją, a pewnie inaczej się nie dało.
          – Tim, wierzysz w Boga? – przerwałem mu czytanie czegoś na czytniku elektronicznym.
          – Nie – odpowiedział stanowczym tonem – wierzę w ludzi. Nie wszystkich co prawda, ale wierzę w to, że są w stanie zrobić wszystko, zarówno najlepszego jak i najgorszego.

          Nie kontynuowałem tematu. Tim dalej czytał, tymczasem za oknem znaki polskie zmieniły się na niemieckie i niebieskie tablice informowały, że zaraz będzie Drezno.
          – Daleko do kolacji? – zapytałem.
          – Z tego, co czytałem na internecie, wynika, że koło Dortmundu będzie dwugodzinny postój. A co, już jesteś głodny?
          Z jednej strony byłem, z drugiej zaś siedzieliśmy wtłoczeni w fotele i oprócz siedzenia niewiele mogliśmy zrobić. Poza tym w autobusie było trochę ludzi, po drugiej stronie przejścia siedziała jakaś starsza para i bardzo nie chciałem, by oglądali nas w takiej sytuacji. Karmienie mnie nie było przeznaczone dla ich oczu.
          – Wiesz co, Tim? W zasadzie mógłbyś mi poluzować tę część gipsu na lewej ręce, zaraz przy palcach, to ta ręka, która jest mniej uszkodzona, mógłbym więcej zrobić palcami, choćby wyjmować czipsy z torebki. Ale on nawet nie chciał o tym słyszeć.
          – Czyś ty doszczętnie ogłupiał? Przecież to może tylko zrobić lekarz. A jak ci się źle zrośnie? Będziesz musiał zapomnieć o swoim modelarstwie.
          – Ale już mnie prawie nie boli, naprawdę! – zaperzyłem się.
          – Wcale nie muszę i nigdy mnie już o to nie proś, jeśli o to chodzi – odpowiedział tonem, który już dziś słyszałem. – A jeśli czegoś chcesz, to po prostu poproś – dodał i znów zanurzył się w czytniku dając jednoznacznie do zrozumienia, że z jego strony temat jest wyczerpany. Znów mnie rozzłościł, Chyba jednak sobie na zbyt wiele pozwala. To jest moje ciało i będę z nim robił dokładnie to, co uważam za stosowne. Owszem, Tim mnie może pocałować, dotknąć tego i owego, ba, nawet powinien, ale resztę zostawić mnie. I nie decydować, do ciężkiej cholery, a najwyżej doradzić. Całe życie wyznawałem tę zasadę. Kiedy już osiągnąłem wiek, w którym nie dawali mi zastrzyków, szczepień i podobnych rzeczy, sam dysponowałem sobą i nikt nie był w stanie nic na mnie wymusić. Gdy złapałem grypę, matka dawała mi masę pigułek, które za pięć minut lądowały w muszli klozetowej. Lekarze w telewizji wyraźnie powiedzieli, że na wirusy nie ma żadnego lekarstwa i żeby nie pakować w siebie połowy apteki, bo to nic nie da.

          Było już zupełnie ciemno, kiedy dojechaliśmy do Dortmundu, coś koło ósmej wieczór, i kierowca zapowiedział dwugodzinną przerwę, chyba oczekiwaną z utęsknieniem, bo pasażerowie wręcz rzucili się do drzwi, część niezbyt trzeźwych.
          – Poczekaj, obadam teren – oznajmił Tim – ale muszę mieć twoją nową kurtkę.
          Trochę trwało, zanim przyszedł z powrotem.
          – Czysto, zero policajów – powiedział. – Teraz możesz iść do toalety.
          Byliśmy na jednej z tych stacji benzynowych, które przy niemieckich autostradach nazywają się Raststätte i są całymi kombinatami: oprócz benzyny znajdują tam również bufet, restauracja i sklepiki, coś w rodzaju naszych kiosków, gdzie można kupić gazety, napoje i inne drobiazgi, a także restauracje. Toaletę dla niepełnosprawnych też mieli, szybko załatwiłem swoje potrzeby, tym razem obie, przy niewzruszonej obojętności Tima, którego już się tak nie wstydziłem, i już wychodziliśmy na zewnątrz, gdy poczułem nagłe szarpnięcie z tyłu.
          – Zostajemy – szepnął mi Tim do ucha. Już wiedziałem, o co chodzi. Na duży parking wjechał charakterystyczny niemiecki policyjny radiowóz. Zamarłem i nogi się pode mną ugięły. Często tak piszą w powieściach i jest w tym sporo przesady, ot, taki chwyt stylistyczny, ale tym razem mało się nie wywaliłem z wrażenia. Tymczasem auto zrobiło rundkę po parkingu i zatrzymało się na wprost wejścia do bufetu. Z radiowozu wysiadła policjantka, blondynka w żółtej kamizelce odblaskowej z groźnie wyglądającym napisem POLIZEI. Od razu skojarzyło mi się to z faszystami i drugą wojną.
          – Idź do bufetu – zarządził Tim i zniknął gdzieś w kierunku autobusu. Jak on mógł mnie tak zostawić... Policjantka tymczasem weszła do bufetu, nawet obrzuciła mnie wzrokiem, miałem nawet wrażenie, że chciała do mnie zagadać. Jednak minęła mnie i podeszła do kontuaru.
          – Zwei Schachtel Marlboro, Bild und eine Flasche Cola bitte – usłyszałem. Ręce jeszcze nie przestały mi dygotać, kiedy dostrzegłem Tima. Chyba zrozumiałem, o co mu chodziło. Jeden ma zawsze mniejsze szanse na wpadkę...

          Resztę prezerwy przesiedzieliśmy w autobusie jedząc kolację, Tim wyskoczył tylko po ciepłą herbatę, którą przyniósł w kubkach z rurkami. Pojawiły się jeszcze jakieś policyjne wozy, ale jeden z pasażerów wytłumaczył nam, że w Niemczech zawsze tak jest. "Niemcy to najbardziej kontrolowany naród na świecie" – dodał ze śmiechem. Możliwe, że tak jest, ale to nam niestety nie pomagało. Tymczasem autobus ruszył znów. Popatrzyłem na zegarek, prawie północ. Przespałbym się, gdyby nie jeden mały problem.
          – Chce mi się – szepnąłem do Tima, który tym razem męczył jakąś grę na tablecie.
          – Sikać? W razie czego mam butelkę.
          – Nie... Wiesz czego.
          Jeśli myślałem, że będzie mnie odwodził, mówił, że zrobimy to w domu czy coś podobnego, myliłem się srodze.
          – Poczekaj – powiedział i sięgnął do reklamówki, skąd wyjął zwinięty w rulon i fabrycznie zapakowany w folię koc. Nawet nie widziałem, że go kupił, chyba wtedy, kiedy byłem na niego wściekły i nawet nie chciałem patrzeć, co robi. Uporawszy się z folią, którą zmiął i wcisnął do reklamówki, rozłożył niebieski koc w dużą białą kratę i przykrył nas obu. W autobusie tymczasem panował mrok i nie byliśmy jakoś specjalnie widoczni. Następnie reklamówkę umieścił sobie na kolanach i przytulił się do mnie bokiem, jakby do snu. Następnie, rzucając ukradkowe spojrzenia w stronę wnętrza autobusu rozpiął mi rozporek. Myślałem, że ograniczy się tylko do wsadzenia ręki w spodnie, ale nie, zręcznie wyjął mój dygoczący z żądzy członek, nawet poczułem ten charakterystyczny moment, kiedy wydostaje się na wolność. Najdyskretniej jak tylko się dało, wyjął rękę i nawilżył palce, chwilę delektując się zapachem. Myślał pewnie, że tego nie widzę... To akurat mnie krępowało, bo dzień w pociągu i autobusie to nie to samo co ciepłe łóżko po kąpieli i człowiek jest, mówiąc delikatnie, nie pierwszej świeżości i nie pachnie luksusowym mydłem. Ale widać, że mu to nie przeszkadzało, a nawet podniecało go jeszcze bardziej. Jeśli miałbym być szczery, to w przypadku Tima ten zapach mógłby również działać na moją korzyść. Jeśli byłem ciekaw jak to zrobi, to tajemnica wkrótce się wyjaśniła. Ugniatał mi samą główkę, od czasu do czasu zjeżdżając na śliski wał.
          – Zaczynasz wilgotnieć – wyszeptał mi do ucha tak, że ledwie to zrozumiałem. Nie bardzo wiedziałem, o co mu chodzi, ale dla mnie ważniejsze było, że do mnie szepcze, równie dobrze mógłby mi w tym momencie recytować Pana Tadeusza. W autobusie panował szmer, choć trunkowe towarzystwo uspokoiło się już nieco, ale ich rozmowy w tym momencie bardziej nam pomagały niż przeszkadzały. Koniec nadszedł trochę później niż zazwyczaj, kiedy to wystarczy mi kilkanaście ruchów, by było po wszystkim.
          – Mmmmmm – wydałem z siebie odgłos, który miał znaczyć, że zaraz będzie finał. Tim zrozumiał go od razu, tworząc ze swej dłoni kapturek, który zatamował nieuchronną powódź. Później jakiś czas trzymał tę rękę przy własnej twarzy, choć jak długo – nie wiem, bo zapadłem w sen.

          Obudził mnie Tim. Na dworze było zupełnie jasno. Popatrzyłem za okno i zdębiałem. Tyle policji na raz nie widziałem w życiu. Jakiś gliniarz coś tłumaczył ciemnoskórej kobiecie z dzieckiem na ręku, jego starszy braciszek usiłował się dobrać do widzącej u pasa funkcjonariusza krótkofalówki, ten odganiał się od niego tak, jak człowiek odgania się od natrętnej muchy.
          – Jesteśmy już w Calais i wolałbym, byś się przygotował na to, że to najtrudniejszy moment w całej naszej wyprawie. Jeśli się tu uda, to wygraliśmy.
          Calais, Calais, coś mi to mówiło. Jakieś obozy uchodźców, próby nielegalnego przekroczenia granicy i dostania się do Anglii. Aha, to dlatego tu tyle glin. Pewnie dlatego będą dokładniej sprawdzać.

          Całość na: http://chomikuj.pl/trujnik
          onanizm po węgiersku – vàlenye kőnyà

          Skomentuj

          • trujnik
            Seksualnie Niewyżyty
            • Mar 2018
            • 201

            #20
            12.

            Gdzie oni są? Leżałem w łóżku i zupełnie nie chciało mi się wstawać. Wstanie to zmaganie się, walka, a po wczorajszym dniu zupełnie mi się jej odechciało. Prawdę powiedziawszy nie miałem żadnego pomysłu. Na to co jeszcze zrobić, by znaleźć chłopaków, na Lilkę, na to, co powiedzieć żonie, bo pewnie będę ją musiał poinformować, o ile sama już nie wie. Przecież policja powinna pójść tam zaraz po przyjęciu zgłoszenia. Gdzie jeszcze mogą być? Przecież nie pojechali do Anglii? Maciek może jest lekko szurnięty i na propozycję takiej wyprawy zgodziłby się od razu, ale Tim jest chyba rozsądny? Przynajmniej tak mi się wydawało, odbierałem go jako człowieka silnie osadzonego w realiach i stąpającego po ziemi. I tak na pewno jest, tyle że nic nie jest bezwzględne, to tak jak w fizyce, każde ciało stałe zachowuje się normalnie tak długo, jak czynniki na nie działające nie przekroczą jego progu wytrzymałości. Topi się złoto, szlifuje diamenty, mimo że nie ma nic twardszego, a co dopiero przy takiej delikatnej materii, jaką jest psychika człowieka? Czy to, co się stało, przekroczyło jego psychikę? Martwiłem się od Tima dlatego, że to on w tej dziwnej parze jest mądrzejszy, to on, jak to mówią Francuzi, nosi spodnie. Maciek to świszczypała, podatny na sugestię, choć czasem potrafi tupnąć nogą, to Timowi nie podskoczy, nie ma szans. Ciekawe, czy to znajduje przełożenie na nich związek? To znaczy czy Maciej dosiada Tima, czy na odwrót? Bo jeśli jeszcze miałem jakieś wątpliwości czy nadzieje, zniknięcie obu właściwie tłumaczyło wszystko. Wyobraziłem sobie Tima leżącego na Macieju i wcale mnie to nie odrzucało. Ciekawe, czy wszyscy rodzice wyobrażają sobie stosunki płciowe własnych dzieci? Choć obyczaje się ostatnio mocno rozluźniły, nigdzie nie widziałem nic napisanego na ten temat. Może za bardzo wstydliwe? Tymczasem w mojej wyobraźni obaj chłopcy kopulowali przy głośnym sapaniu, takim, jakie słyszałem u Macieja, kiedy dochodził w moich rękach, a zwłaszcza lewej. To działało na moją wyobraźnię. Też się, kurde, wygłupiłem. Gdybym przewidział, odesłałbym go w cholerę. Choć nie tylko Maciejowi się podobało, gorzej, że mnie też. To miękkie uderzenie członkiem o jego policzek... A może popełniłem błąd zapraszając Tima do pomocy przy karmieniu? Maciej był w potrzebie, Tim albo nie miał nic przeciwko, albo wręcz tego pragnął i pomógł mu uwolnić się od nadmiaru spermy... Kto, czy co spowodowało, że mm syna homo?

            Kiedy postanowiłem, że nie wstanę przed dziesiątą, zadzwonił radiobudzik. Z nerwów sięgnąłem po komórkę, żeby go wyłączyć. Freudowska pomyłka? Każdy SMS, każda informacja z Onetu i Wyborczej zwiększała mi ciśnienie. Podszedłem do okna, członek wystawał mi ze spodni od pidżamy, ale nawet go nie chowałem, nie ma przed kim. Pewnie stanął mi na myśl o tym, co robi Maciej. Za oknem śnieg zmienił kolor z ostrej bieli na o wiele bardziej ziemisty, z sopli na dachu kapały duże krople. No tak, wczoraj cały dzień wiał halny, to musiało się tak skończyć. Podobno po halnym jest najwięcej zawałów serca... Mimowolnie złapałem się za puls. Zwykle mam o wiele wolniejszy, więc coś w tym jest. Jednak odwilż oznaczała, że nawet nie będę mógł jechać na stok, choćby na godzinę, by się zrelaksować. Nie umiałem i nie lubiłem jeździć po mokrym śniegu, wolałem mniej zwarty. Eh, nawet urlop mi nie wychodzi... Wszystko sprzysięgło się przeciwko mnie. Odszedłem od okna i włączyłem radio. Właśnie leciał jakiś dziennik.
            – ...nastąpił wzrost zarażeń wirusem HIV, o osiem procent w stosunku do analogicznego okresu w roku ubiegłym. Zachorowania na AIDS... – ciągnęła niezmordowana spikerka. Podszedłem do radia i zmieniłem stację. Jeszcze ten problem mnie czeka... Facet to skoki na bok, wcześniej czy później, znam to aż za dobrze z własnego życia. Upilnować – nie upilnujesz, to nie lata siedemdziesiąte, kiedy naprawdę trzeba było się postarać, by znaleźć sobie partnera do seksu homo. Temat nie istniał, spotykali się w jakichś kiblach, potajemnie, latem w umówionych miejscach na dzikich plażach nad jeziorami. Miałem takiego kumpla we Wrocławiu, którego milicja zgarnęła w publicznym szalecie. Kiedy to było? W siódmej czy ósmej klasie? W każdym razie jeszcze nie miał piętnastu lat i była spora awantura, nawet szkoła się dowiedziała... Jakie to szczęście, że chłopaki żyją w innych czasach. No ale z drugiej strony teraz seks homo jest na wyciągnięcie ręki, jakieś kluby, sauny, dark-roomy, czaty, aplikacje, przez które partnera na szybkie bzykanko znajdziesz w piętnaście minut. Że też jeszcze nie wybuchła ogólnopolska epidemia jakiejś zarazy... I jak w takiej sytuacji upilnować syna? Umówi się na szybki numerek po drodze ze szkoły i nawet się nie domyślę. Bo Tim, gdziekolwiek jest, nie będzie przy nim wiecznie. Jeśli jeszcze jest. Jeśli.

            Wzdrygnąłem się, tylko jakimś cudem uwolniłem się od ponurych myśli i poszedłem wykonać poranną toaletę. Gdyby nie to, że trzeba pojechać na policję, odpuściłbym sobie, ręce mi drżały jak po całonocnym chlańsku, śliskie mydło wypadało mi z rąk, przy goleniu zaciąłem się najbezpieczniejszą maszynką świata, tą, którą według reklamy trzeba trzymać za kratkami. Ważne tylko, żeby przed Lilką grać bohatera. Po pierwsze dlatego, że zależy mi na niej coraz bardziej, po drugie, bo się zupełnie rozsypała. Ktoś jednak musi nad tym panować i na pewno tą osobą nie będzie Lilka. Ona potrzebuje faceta i to nie tylko w łóżku. Przetarłem poharataną brodę wodą toaletową i poszedłem ubrać się na śniadanie. Członek dalej mi sterczał, czyżbym aż tak potrzebował rozładowania? Objąłem organ go i wykonałem dłonią kilka ruchów, jakbym walił konia. Stwardniał jeszcze bardziej. No nie, nie będę się brandzlował przed śniadaniem, choć zaczynała mnie dopadać chcica. Dziwna chcica, bo przed oczy wrócił znowu obraz kopulującego syna. Co ja takiego zrobiłem... Ubrałem się mechanicznie i zszedłem do stołówki.

            Lilki nie było w stołówce, ani przy stole ani w ogóle nigdzie. Co jakiś czas zerkałem dyskretnie w stronę drzwi wejściowych, dużych, oszklonych i otwierających się w obie strony, ale na próżno. Znajoma sylwetka nie pojawiła się ani na moment. Wczoraj wieczorem umówiliśmy się, że w przypadku otrzymania jakiejś wiadomości, będziemy się informować niezależnie od pory dnia czy nocy. Lila wpadła coś koło wpół dziesiątej powiedzieć mi, że dzwoniła na policję i dowiedziała się, że istotnie wyjechali wrocławskim pociągiem. To akurat przypuszczałem, bo z tej dziury jest niewiele kierunków, w które można się wybrać, a tak naprawdę jedyny sensowny, do Wrocławia. Można jeszcze jechać do Liberca, tylko po co? Czyli doszedł mi nowy problem, szukanie Lilki. Tak, to dorosła kobieta, tylko wczoraj prezentowała psychikę trzynastolatki. Jak ona wymiękła nad tym zdjęciem z gazety... Mnie samemu zawilgotniały oczy, ale jakoś się opanowałem, głównie ze względu na nią. Poza tym wydawało mi się, że to jedyny sposób na zdobycie jej, pokazanie, że mam jaja. Nie, nie w dosłowny sposób, to widziała przedwczoraj w łóżku, ba, nie tylko widziała, ale ssała jak opętana. Co mi się dziś wszystko kojarzy z seksem? Jeszcze chwila, a wyrucham żabę... Po śniadaniu mój talerz wyglądał jak talerz mojego syna, gdy nie ma apetytu: rozgrzebana jajecznica, pokruszony chleb, resztki kakao. Wstyd to pokazać sprzątaczce. Odniosłem naczynia do okienka starając się nie patrzeć w oczy odbierającej je dziewczynie. Ale rozpoznała mnie wcześniej.
            – I coś wiadomo o pańskim synu? – zapytała.
            – Nie, siedzimy i czekamy na jakąkolwiek informację – odpowiedziałem i czym szybciej odszedłem. Informacja o zniknięciu chłopców rozeszła się lotem błyskawicy i stanowiła niemałą sensację. Podczas śniadania ludzie z sąsiednich stolików obserwowali mnie baczniej niż zazwyczaj, jednak żaden z nich nie był na tyle odważny, by podejść i zapytać, zrobiła to dopiero dziewczyna ze zmywaka. Może to i lepiej, przynajmniej z tym mam spokój.

            Nie doceniłem jednak ludzi, po śniadaniu sporo podeszło do mnie, przekazując mi słowa otuchy, drobne acz pomocne informacje, na przykład takie, gdzie ich na pewno nie widziano i kilka ofert pomocy. Odwilż spowodowała, że mało kto wybierał się na narty, więc w ośrodku było rojno i gwarno.
            – Jeśli potrzebuje pan kierowcy, to niech pan mówi śmiało – zaproponował mi ten mężczyzna, który wczoraj wrócił nad ranem.
            – Dziękuję, będę pamiętał – odpowiedziałem tylko. Przecież nie będę korzystał z pomocy żadnych obcych ludzi. Poza tym miałem zupełnie inny problem na tapecie, mianowicie zniknięcie Lilki. Postanowiłem, że od tego rozpocznę. Poszedłem więc na górę zapukać do drzwi jej pokoju, ale, zgodnie z przewidywaniami, odpowiedziała mi głucha cisza. Wróciłem do siebie, przebrałem się w ciepły kożuch i wyszedłem na parking. Jej samochodu nie było. Przez kilkanaście minut krążyłem po głównej ulicy, sprawdzałem kawiarnie, bary, sklepy spożywcze, wszystko na próżno. Nie sądziłem, by gdzieś wyjechała, święcie wierzyłem, że w takiej sytuacji mnie nie opuści. Błąd, że nie wziąłem jej numeru komórki, ale kto by pomyślał. Był jeszcze jeden powód, otóż mam naprawdę poważne podstawy, by sądzić, że moja żona grzebie mi w mailach i esemesach. Co prawda telefon mam zabezpieczony hasłem, ale dla chcącego... i tak dalej. Różne są patenty, a na cztery cyfry jeszcze więcej... Na pewno mieszkając z jakąś osobą poradziłbym sobie z tym problemem, gdybym chciał mieć kontrolę nad jej korespondencją.

            Przejeżdżając koło kiosku zauważyłem, że dalej wystawiali gazetę ze zdjęciem mojego syna. Może to i dobrze, niech się ludzie opatrzą, w tej sytuacji może tylko pomóc. Zaraz, co myśmy wczoraj robili? Chyba wracaliśmy z dworca czy z policji, kiedy zauważyłem tę fotografię. Dworzec... Może by tak sprawdzić? Pociągi do Wrocławia są często i jeśli zamierzała tam pojechać, to zapewne się to już stało, ale sprawdzić nie zawadzi. W najbliższym możliwym miejscu zawróciłem i pojechałem w kierunku dworca Szklarska Poręba Górna. Na ławce przy peronie przy samym budynku dworcowym siedziała Lilka i tępo wpatrywała się w kamienną ścianę zamykającą stację. Była blada, tak bladej kobiety nie widziałem jeszcze w życiu. Chyba mnie nawet nie zauważyła, dopiero, kiedy usiadłem przy niej. Nawet nie drgnęła.
            – Lilka – powiedziałem cicho, kładąc jej rękę na ramieniu. Wzdrygnęła się, ale jej nie odrzuciła.
            – Lilka, tak nie można – powtórzyłem – jeśli ktoś się w tej chwili wykańcza to nie nasze dzieci, ale ty.
            W odpowiedzi zakasłała tylko, może usiłowała coś powiedzieć, ale głos ugrzązł jej w gardle.
            – Lilka... – przytuliłem się do niej, jej ciało było tak sztywne, że nie zareagowało na ruch mojej ręki dociskający ją do siebie.
            – Pociąg osobowy Kolei Dolnośląskich ze stacji Wrocław Główny wjedzie na tor przy peronie pierwszym. Pociąg osobowy Kolei Dolnośląskich do stacji Liberec... – dobiegł metaliczny głos z głośników.
            – Może właśnie tym pociągiem... – odezwała się Lilka cicho i nie skończyła, a oczy zaszły jej łzami.

            Gdy żółto-biały pociąg wjechał na peron i zgodnie z przewidywaniami nie było w nim dzieci, zaprowadziłem ją do auta.
            – Ty nie będziesz dziś prowadzić, nie ma mowy. Pojedziemy do jakiejś kawiarni, rozgrzejesz się, a potem na komendę policji, może mają jakieś nowe wiadomości dla nas. Lila, naprawdę...
            – Dlaczego ja go uderzyłam – załkała.
            – Teraz to już nie ma znaczenia, nie odstanie się – tłumaczyłem spokojnym, pewnym głosem, choć w środku wszystko się we mnie gotowało. Macie, kochane feministki, swoje silne kobiety. – Teraz musimy tylko czekać.
            – Do żony dzwoniłeś? – zapytała.
            Tu mnie ma. Oczywiście nie dzwoniłem, bo do tego trzeba odwagi. Anita potrafi w trudnych sytuacjach odstawić cyrk trzy razy większy niż Lilka, choć czasem potrafi w zadziwiający sposób zapanować nad sobą i to w sytuacji, w której najchętniej lałbym w pysk. Z nią nigdy nie wiadomo, Lilka okazywała się o wiele bardziej przewidywalna i był to jeden z powodów, dla których mi się podobała.
            – Tak, nie ma tam chłopaków – odpowiedziałem starannie unikając jej wzroku. Kłamstwo, oczywiste łgarstwo, ale z drugiej strony prawda, gdyby istotnie tam byli, moja żona poinformowałaby mnie w dwie minuty po ich przybyciu, oczywiście urządzając mi dziką awanturę.
            – Mówiła coś jeszcze? Jak to przyjęła? – dociekała Lilka, która powoli dochodziła do siebie po kilku łykach piwa z puszki, którą znalazła w samochodzie. Nawet się nie pytała, czy może otworzyć.
            – No wściekła się, a co? – brnąłem. – Awantura dopiero się zacznie, kiedy wrócę do Poznania.
            – Nie sądzisz, że powinna być z tobą? – nie dawała za wygraną Lila. – Przecież to jest jego matka, nie?
            Jeszcze tego brakowało, by Anita tu przyjechała. Nawet bym jej tego nie zaproponował, chyba że zrobiłaby to z własnej inicjatywy, co w jej przypadku było nader prawdopodobne. Dlatego wolałem, by na razie trzymać ją na uboczu.
            – Wy wszyscy faceci jesteście tacy sami – skwitowała. – To jedziemy na tę policję?
            – Najpierw na kawę.
            onanizm po węgiersku – vàlenye kőnyà

            Skomentuj

            • trujnik
              Seksualnie Niewyżyty
              • Mar 2018
              • 201

              #21
              Na policji dowiedzieliśmy się, że chłopcy byli widziani we wczesnych godzinach porannych we Wrocławiu, najpierw na dworcu, gdzie zwrócił na nich uwagę peronowy dyżurny ruchu, bo jednak chłopak z dwoma zagipsowanymi kończynami rzuca się w oczy, później z tego samego powodu zauważono ich w Biedronce. Niestety, właśnie wchodzili do sklepu i świadkowi trudno było powiedzieć, czy robili większe zakupy, czy tylko wpadli po czipsy i colę.
              – Ile pieniędzy mieli chłopcy? – zapytał policjant, ten sam co wczoraj, widocznie jemu przydzielono tę sprawę.
              – Maciek ani grosza, ale Tim miał swoją kartę debitową z ponad tysiącem funtów – odpowiedziałem, bo Lilka nadal nie nadawała się do rozmowy, w której potrzeba było myśleć.
              – Paszporty mieli ze sobą? – dociekał funkcjonariusz gładząc sumiastego wąsa.
              – Tim miał swój brytyjski paszport, Maciek dowód osobisty, ale przecież ważny w całej Europie, nawet poza strefą Schengen – odpowiedziałem.
              – Zaalarmujemy więc posterunki graniczne – skwitował gliniarz.
              Rany boskie, to jeszcze tego nie zrobili? Za co ja, do ciężkiej cholery, płacę podatki? Tak, tylko granice raczej nie istnieją, przynajmniej w kontynentalnej Unii. Nie wiedziałem, jak sytuacja wygląda w Wielkiej Brytanii, ale to dalej Unia, Brexit jest dopiero za rok.
              – Zaraz wrzucę do bazy, znają państwo numery dokumentów swoich synów?
              Żadne z nas nie znało, kto o tym myśli? Znam tylko swój PESEL, nawet nie syna.
              – Dobrze, że chłopcy mają pieniądze, przynajmniej nie umrą z głodu, a i mogą spać w jakimś hostelu. Sądzę, że znajdą się wcześniej czy później – pocieszył nas na pożegnanie. – A jak wrócą, to nie żałować paska. Ja na waszym miejscu...
              Nie chciało mi się tego słuchać, ten tępy glina nie wiedział, że od przemocy cała chryja się zaczęła, no nie do końca, ale przemoc była jednym z powodów. Nie mogłem już patrzeć na tego luja i słuchać jego umoralniających gadek.
              – To w razie czego czekamy na telefon, a jutro też wpadniemy – powiedziałem na pożegnanie.

              – Co robimy teraz? – zapytałem, gdy już wyszliśmy z komisariatu.
              – Ja wiem? – zastanowiła się Lilka, bezmyślnie rozgarniając swym kozakiem brudną śniegową bryję. – Obiad na pewno, a po południu? Chyba jednak musimy pojechać odwiedzić Sama, chociaż nie mogę na niego patrzeć.
              – Tylko błagam, nie wyżywaj się na nim – ostrzegłem ją. – Już dość szkody narobiliśmy. Bo jak jeszcze mały zwieje ze szpitala...
              – Obyś nie wypowiedział tego w złą godzinę. Wiesz co? – ożywiła się. – Chyba będziesz musiał porozmawiać z nim na te męsko-męskie tematy. Chłopak ma głowę nabitą głupotami z filmów i rozmów z kolegami. Ja tego nie potrafię, a nawet jak zacznę, to mnie zlekceważy, bo powie, że to nudne i się wyłączy albo po prostu wyjdzie z pokoju, co praktykuje i to nawet dość często.
              – Ja? – zdziwiłem się. – Przecież ma ojca od tych rzeczy.
              – Takiego samego głupka jak on sam, jeśli nie większego. Od Sama różni się tylko wzrostem.
              Cóż, to nie ja wybierałem sobie partnera do łóżka, teraz przyjdzie mi gasić pożar, którego nie spowodowałem.
              – Z moim angielskim? – broniłem się ostatkiem nadziei.
              – No już nie przesadzaj, mówisz całkiem dobrze. Robisz błędy, racja, ale przynajmniej zdania składasz poprawnie i znasz wiele słów.
              Co prawda wątpiłem, czy te słowa, które znam, będą w przypadku Sama pożyteczne, ale to była prawda, a i komplement Lilki połechtał mnie mile. W firmie co jakiś czas mieliśmy szkolenia językowe, nawet pracowałem rok za granicą na budowie, w Irlandii. Gdyby nie rodzina, zostałbym z chęcią na dłużej. Na Sama na razie starczyło, a czego nie wiem, to jakoś ominę – pocieszałem się w duchu. Rozmowa zapowiadała się na trudną wcale nie ze względów językowych.

              Ustaliliśmy, że do szpitala pojedziemy około czwartej, bo Lilka nie spała całą posiedzieć w saunie i wypoicić trochę zbędnych kalorii. Miałem niedawno elektrokardiografię i lekarz uważa, że nic nie zagraża mojemu sercu. Poza tym liczyłem na... Nawet nie wiem, na co. Sauna jest co prawda otwarta i przychodzą do niej ludzie spoza pensjonatu, ale... no właśnie. Są godziny męskie, damskie i rodzinne, można też za stosowną opłatą wynająć dla samego siebie. Dziś po południu na szczęście były godziny męskie. Dobrze, chciałem nieco odpocząć od kobiet. Poza tym obecność kobiet wymaga zawsze zakrywania tego i owego, a moje ciało darło się o nieskrępowaną wolność. Gdy przyszedłem, byłem sam. Opluskałem się zimną wodą i wszedłem do kabiny na dolną półkę. Wnętrze było dobrze nagrzane i miło pachniało świeżo ściętym drewnem. Gdy ułożyłem się wygodnie na ręcznikach, usłyszałem, że do pomieszczenia wchodzą ,jacyś ludzie, głosy brzmiały młodo. Poczułem się nieco dziwnie, a członek lekko drgnął. Trzeba coś zrobić, by nie zauważyli – pomyślałem i na wszelki przypadek przykryłem łono ręcznikiem. Tymczasem do kabiny weszło dwóch chłopaków w wieku od osiemnastu do dwudziestu lat. Jeden, ten niższy blondyn, wyglądał chyba młodziej. Starszy miał o wiele ciemniejszą karnację, możliwe, że z domieszką krwi cygańskiej. Stał do mnie tyłem, gdy mniejszy gramolił się na półkę. Obserwowałem jego kształtne pośladki i zazdrościłem mu w duchu pięknej pupy. Z całej postaci właśnie ona robiła najlepsze wrażenie. Aż zagotowało mi się w genitaliach. Jak to dobrze, że były przykryte. Tymczasem ciemniejszy odwrócił się przodem do mnie. Czyżby jego członek był we wzwodzie? Ciężko było powiedzieć, bo nabrał już grubości i nie przystawał do jąder, jak to się dzieje u większości mężczyzn, przynajmniej tyle pamiętam z wojska. Napletek był odsunięty do połowy żołędzi, której koniec był mocno wydłużony. Takiej dziwnej budowy jeszcze nie widziałem, ale, bądźmy szczerzy, moje doświadczenia w tym względzie nie były jakieś oszałamiające.

              Wyszli pierwsi i zza drzwi słyszałem, jak biorą prysznic. Przeniosłem się na górną półkę, ale wkrótce miałem dość. Chlapnąłem wodą na kamienie, spiekłem raka i wyskoczyłem pod prysznic. Niedługo trwało, zanim wytarłem się i poszedłem do pokoju wypoczynkowego. Były to właściwie dwa pokoje, przedzielone przesuwaną ścianką, ten bliższy saunie służył za przebieralnię. Poszedłem powiesić ręcznik na wieszaku i udałem się do tylnego pokoju. Przesunąłem drzwi i poczyniłem pół kroku do przodu. Popatrzyłem przed siebie i zamarłem z wrażenia. Starszy siedział na materacu pod ścianą ze skrzyżowanymi nogami, młodszy siedział mu na łonie przytulony do tego drugiego i nadziany jakby na pal; rytmicznie podskakiwał, jęcząc przy tym cichutko. Nawet nie zwrócili na mnie uwagi, choć na pewno zauważyli moją obecność. Nie wiem, co zaatakowało mnie pierwsze, wstyd czy podniecenie. Wiedziałem, że muszę wyjść stamtąd jak najszybciej, ale coś mnie przytrzymywało, tyle że właśnie nie mogłem się na nich tak otwarcie gapić. Z ogromnym ociąganiem opuściłem pomieszczenie i postanowiłem coś zrobić ze swoją erekcją, która z przerwami męczyła mnie od samego rana. Usiadłem na jedynym fotelu, jaki był w tym pomieszczeniu, wymościwszy go uprzednio ręcznikiem, po czym zabrałem się za mojego członka. Byłem w ferworze walki i nie zauważyłem, jak jeden i drugi opuścili pokój wypoczynkowy, ale nawet nie czułem żadnego wstydu, nawet podniecenie. Nie przewidziałem tylko, że ten młodszy, z krótką parówką, stanie przy mnie, miękko usunie mi rękę i będzie kontynuował zabawę. Ten drugi patrzył z oddali, ale nie wykazywał ochoty na dołączenie. W pewnym momencie dłoń młodszego puściła członek, a jej właściciel odwrócił się i usiłował się na mnie nadziać pośladkami.
              – Nie, nie – zaprotestowałem praktycznie w ostatniej chwili. Po czym odwrócił się ponownie przodem i szybko doprowadził mnie do wytrysku.
              – Fajny samiec jesteś – powiedział na odchodnym, głaszcząc mnie po brzuchu.

              – Tobie coś jest? – zapytała Lilka, kiedy jechaliśmy do szpitala. Po odwilży znów złapał lekki mróz i droga przypominała szklankę.
              – Nie, wściekam się na służby drogowe – odpowiedziałem. – Ta droga grozi śmiercią.
              Że groziła śmiercią to prawda, ale pierwsza część pytania zasługiwała na odpowiedź twierdzącą. Mózg cały czas mielił wydarzenia z sauny. A więc to tak wygląda męski seks. Mało brakowało, by stał się i moim udziałem. Nie doszło, do niego tylko dlatego, że obawiałem się chorób, byłem wtedy tak podniecony, że w innej sytuacji nawet bym się nie zastanawiał. Co prawda bardziej podobał mi się ten starszy, ale i młodszemu nic nie brakowało. Tak to wygląda, nawet nie znasz imienia faceta, którego przelecisz... Aż zjeżyły mi się z włosy na samą myśl, że taka może być przyszłość Maćka. I Tima przy okazji, już tak się do niego przyzwyczaiłem, że myślałem o nim jako o części mojego syna. Teraz wypada tylko wierzyć, że to rozsądni chłopcy i nie będą nadziewać się na facetów, których zobaczyli po raz pierwszy w życiu niecałe dwadzieścia minut wcześniej... Może i ta sytuacja była podniecająca, ale w wykonaniu mojego dziecka... No i jeszcze problem, co ze mną. Cały czas uważałem się za stuprocentowego het*******ualistę, choć po tym pamiętnym wieczorze z Maćkiem trochę w to zwątpiłem. Tymczasem dziś...
              – To jak, pogadasz z nim?
              – Będę musiał – odpowiedziałem. Po tym, co zaszło w saunie, moje zadanie wydawało mi się odrobinę lżejsze.

              – Widzisz Sam – powiedziałem do chłopca leżącego na łóżku. Wyglądał już o wiele korzystniej niż przedwczoraj, już tak nie kasłał a oddech był o wiele mniej świszczący. – To wszystko nie jest wcale takie proste.
              – Ja tego nie rozumiem – przyznał mi się. – Chcesz dziewczynę to podrywasz dziewczynę, chcesz chłopaka to szukasz chłopaka, no nie? A chłopak wybierze chłopaka wtedy, jeśli jest pokręcony. Po co, skoro jest tyle dziewczyn?
              – Bo to właśnie nie do końca tak jest – tłumaczyłem. – To nie jest do końca kwestia świadomego wyboru.
              – Jak nie jest, jak jest – zaoponował Sam. – Idziesz do sklepu, chcesz cytryny, to kupujesz cytryny, chcesz pomarańcze, to kupujesz pomarańcze.
              – A jak nie ma pomarańcz?
              – To kupuję sok pomarańczowy – wypalił Sam.
              – Źle to rozumiesz. Po pierwsze, to ma mało wspólnego z chceniem. Tu raczej bierzesz co ci dają. Nie, nie przerywaj mi. Około czternastego, piętnastego roku życia chłopak wie, czy pociągają go dziewczyny czy chłopcy. Tu raczej nie mówiłbym o sklepie z owocami a o wypożyczalni płyt DVD. Jakie filmy lubisz najbardziej?
              – Kryminały – wypalił Sam machinalnie. Takiej odpowiedzi się zresztą spodziewałem, przygotowanie całej akcji, zbieranie haków nie bierze się znikąd, to trzeba zrobić z jakąś wiedzą.
              – A romanse?
              – Czy ja wyglądam na idiotę? – prawie wykrzyknął dzieciak siadając z wrażenia na łóżku. – Ach kocham cię, kocham, całuj mnie, całuj – błaznował.
              – A widzisz, ja uważam kryminały za filmy głupie i bezwartościowe, a czasem lubię obejrzeć dobrą komedię romantyczną, zwłaszcza gdzie są ładne kobiety, wytwornie ubrani panowie. Trochę podobnie jest z partnerami i partnerkami – nie do końca tak było, ale na razie przykład działał dobrze.
              – Hmmm – zamyślił się Sam. – Dobrze. Tyle że chłopak nie pasuje do chłopaka, jak już się będą kochać. Dziewczyna ma dziurkę a chłopiec ma w nią co włożyć, no nie? A później są z tego dzieci.
              Nie ma co, najważniejsze wie. Ja chyba w jego wieku też wiedziałem co i jak, ale nie miałem pojęcia dlaczego.
              – No układ chłopak i dziewczyna jest klasyczny, choć bywają wyjątki i niektórzy jednak wolą chłopców. Nie do końca wiadomo, dlaczego tak jest, naukowcy zdaje się jeszcze tego nie rozpracowali.
              – Zaraz zaraz – zastanawiał się gorączkowo Sam. – To znaczy, że ja też mogę woleć chłopców? – przeraził się. – Bo jeżeli nie wiadomo, skąd się to bierze, to...
              – No trochę wiadomo, Są naukowcy, którzy uważają, że to przez brak ojca w rodzinie...
              – To chyba mam problem...
              – Nie masz żadnego problemu, poczekaj, to dwa, najwyżej trzy lata, sam będziesz już wiedział – uspokoiłem go. Zdaje się, że miałem go edukować, a nie straszyć. – Poza tym inni uważają, że ma to związek z dotlenieniem płodu, no wiesz, kiedy kobieta jest w ciąży.
              – E to nie jest tak źle, matka nie pali – odetchnął. – A powiedz mi jeszcze wujku, jak robią to dwaj chłopcy? W pupę?
              A jednak padło to pytanie, którego tak się obawiałem. I co mu odpowiem? To co widziałem dwie godziny temu?
              – Wiesz, to nie jest takie proste, jest wiele sposobów uprawiania seksu i każdy robi to jak umie, lubi i o ile nie przeszkadza to partnerowi.
              – Wiem, widziałem na filmach, oczywiście nie tych, co lecą w telewizji – uśmiechnął się Sam. – Ale wujek nie powie mamie, dobra? I właśnie na tych filmach widziałem, jak gwałcili chłopaka, we czterech, z takimi pałami prawie po kolana. Jeśli to tak ma wyglądać... Na szczęście Tim ma krótszego, widziałem.
              Jakoś nie zaskoczyła mnie, ani nie zaszokowała ta uwaga. Już wcześniej sądziłem, że chłopak naoglądał się jakichś nieodpowiednich filmów i teraz wyszło na to, że miałem rację. Jakie to szczęście, że nie trafiło to do Lilki...
              – Wygląda to zupełnie inaczej, a jeśli chłopcy robią to za obopólną zgodą, nikt nikogo nie gwałci. Najważniejsze, że się kochają i akceptują.
              – Dobrze, warunkowo uniewinnieni – powiedział Sam z uśmiechem.
              – Mogę wam przerwać? – to Lilka wtargnęła do pokoju, w którym leżał Sam. Nawet je nie zauważyłem, zorientowałem się po głosie. – Jest telefon z policji.
              onanizm po węgiersku – vàlenye kőnyà

              Skomentuj

              • trujnik
                Seksualnie Niewyżyty
                • Mar 2018
                • 201

                #22
                13.

                Popatrzyłem uważnie na Macieja. Czerwone oczy, blady, jakby wystraszony. Niezbyt dobrze zniósł tę podróż. Czy dobrze zrobiłem zabierając go ze sobą? A jakie miałem inne wyjście? Tak, jestem samolubem, chciałem go mieć przy sobie. Nie wyobrażałem sobie, by to, co tak pięknie się zaczęło, skończyło się po pięciu dniach. A forsa? Maciej wart jest wszystkie pieniądze świata. Gdyby nie to, że przez jakiś czas musimy żyć z mojej karty debitowej, kupiłbym mu o wiele więcej, porządne spodnie, buty... Wiem, że jemu się to nie podoba, ale nie ma wyboru. Szkoda tylko, że jest taki wymiętoszony, bolące ręce dodatkowo wprawiają go w rozdrażnienie. Wczoraj w tej galerii mało się nie pokłóciliśmy. Jeszcze bym mu coś powiedział, tylko nie chciałem robić zbiegowiska, im mniej osób nas widzi tym lepiej, prawda? Na razie jakoś się udaje, choć na tym parkingu w Dortmundzie będzie krucho. Ciekawe co zrobią, jak nas złapią. To znaczy według mojego planu nie mają na to szans, ale różnie to w życiu bywa, jak mówi moja mama. Na razie musimy dotrzeć do Bristolu, dalej też mam plan. Zobaczymy, jak się sprawdzi. No a jak nie... Zamkną nas na jakiś czas w więzieniu, to pewne. Ciekawe, czy posadzą nas w jednej celi. Normalnie zapytałbym o to Sama, on w kółko ogląda filmy detektywistyczne i czyta kryminały, więc na pewno wie. Tyle że z Samem to miałem do pogadania na inne tematy i bez łomotu się nie obejdzie, nieźle sobie nagrabił. Później będzie musiał jeszcze wytłumaczyć się rodzicom z tej podłości, bo to, co zrobił, było po prostu podłe. Choć, z drugiej strony, mistrzowsko wykonane. W autobusie zastanawiałem się, jakie zdjęcia mógł pokazać rodzicom i chyba wiem. Jakiś czas temu biegał z komórką i pstrykał wszystko, co mu podeszło pod kadr, pewnie sporo razy cykał mnie z różnymi ludźmi. No i pokazał to tylko ojcu, co było drugim mistrzowskim posunięciem. Tak, jak to mawia moja nauczycielka, inteligencja nie zawsze idzie w parze z mądrością. Na razie jednak nie czas na takie czcze rozwiązania, dotarliśmy do punktu krytycznego, przeprawy promowej do Dover.
                – Co zajączku, dobrze spałeś? – uśmiechnąłem się do niego. Odwzajemnił mój uśmiech.
                – Wiesz, mama do mnie mówiła "zajączku", jak byłem mały i mówiła, że jesteśmy rodziną nie Zająców a zajęcy. – powiedział i posmutniał nagle. Pewnie to wspomnienie domu tak na niego podziałało. Co się dziwić, moje myśli też krążyły nieustannie wokół mamy, Sama, a nawet wujka Roberta, którego już zdążyłem polubić, nie tylko za to, że zachował się wobec mnie bardzo w porządku i nie odizolował mnie od Macieja. W ogóle to fajny facet. Ale zaczynam mieć nieprzyzwoite myśli... A gdyby tak Robert ożenił się z naszą mamą? E tam, bzdury mi przychodzą do głowy, pewnie przez brak ojca. Śmierć mojego przeżyłem bardzo ciężko i później cały czas mi go brakowało, a najbardziej to gdy matka urodziła Sama. Nienawidziłem go na początku i nigdy nie polubiłem tak, jak brat powinien lubić brata. Oczywiście że byłem zazdrosny. A kto by nie był, jak spada z dnia na dzień na ostatnie miejsce w tabeli? Sam to, Sam tamto, Sam nie zrobił kupki... Gdyby nie to, że uczę się bardzo dobrze, pewnie zawaliłbym szkołę. Tak, w wieku pięciu lat chodzimy już do szkoły.
                – Teraz uważaj, bo to najtrudniejszy punkt tej całej awantury.
                Do autobusu zbliżała się grupa pograniczników w oliwkowych mundurach. Po minie Macieja odgadłem, że traci rezon, właśnie wtedy, kiedy najbardziej trzeba być skupionym i skoncentrowanym. Jeśli będą pytać i coś pójdzie nie tak, z miejsca będziemy podejrzani.
                – I pamiętaj, co ci mówiłem – dodałem.
                Mieliśmy oczywiście przygotowaną historię dla władz wszelakich, jeśli nas będą rozpytywać. Oficjalnie Maciej jedzie do mnie na wakacje, rodzice oczywiście o wszystkim wiedzą, nawet sporządziłem specjalne pismo ze sfałszowanym podpisem ojca Macieja. Mam wyrobiony charakter pisma, nikt nie będzie mnie podejrzewać. Mogłem wydrukować na komputerze, ale nie było okazji. Oczywiście pokażę je tylko we ostateczności. Tymczasem jeden z mundurowych wszedł do autobusu, stanął obok kierowcy i powiedział czystą angielszczyzną bez cienia akcentu:
                – A teraz proszę odebrać bagaże i udać się ze mną na punkt odprawy granicznej. Proszę przygotować dokumenty do kontroli, paszporty, wizy i wszelkie inne niezbędne dokumenty podróżne, potrzebne do odprawy paszportowej i celnej. Dziękuję za uwagę.

                – Co teraz będzie? – zapytał Maciej z lekkim drżeniem głosu, gdy nałożyliśmy już nasze plecaki i ruszyliśmy na końcu grupy. Maciej rozglądał się ciekawie wokoło. Port jest koloru białego: białe kadłuby promów, białe budynki odprawy granicznej, celnej i inne, białe słupy. Nawet główny pawilon był biały, z niebieskim zakończeniem u szczytu. Może to ta biel go onieśmieliła?
                – Nic nie będzie, sprawdzą nam paszporty i zawiozą na prom – odpowiedziałem. Przejście w Calais znalem dobrze, jechaliśmy przez nie kilka razy do Polski i na wycieczki z klasą. Wszystko odbywało się według tej samej procedury.
                – Jak to zawiozą? – nie rozumiał Maciej.
                – Zobaczysz. A teraz skup się, bo zaraz będą nam sprawdzać dokumenty.
                Ciekawe, czy polskie władze poinformowały już posterunki graniczne, jak to się zwykle robi w takich przypadkach. Jeśli tak, to święty Boże nie pomoże. Mieli na to prawie dwadzieścia cztery godziny. A może myślą, że jesteśmy w Polsce?
                Weszliśmy do dużego pomieszczenia, przypominającego nieco niewielką poczekalnię kolejową. Ściany pomalowane były na żółto, na ścianach wisiały jakieś tablice z przepisami, po francusku i angielsku. Pod ścianami panował spory tłok, zwykle jest tu tylko kilkoro ludzi, tym razem było ponad pięćdziesięciu, w różnym wieku, o różnych kolorach skóry, zazwyczaj z wielkimi walizkami na kółkach. Czyli będziemy tu siedzieć i się denerwować. Popatrzyłem na Zajączka, chyba nie do końca dotarła do niego groza sytuacji. A w ogóle to lubię nazywać go w myślach Zajączkiem, czuję, że jest mi wtedy jeszcze bliższy. Bezbronny zajączek, którym trzeba się zająć. Nawet pocałowałbym go w ten słodki pyszczek, gdyby tylko nie było tu tylu ludzi. Cóż, trzeba będzie poczekać. Tymczasem ludzie znikali za jednym z dwojga drzwi.
                – Ustawcie się w kolejce z nami – powiedział jakiś barczysty mężczyzna, którego widziałem w autobusie – bo jak się zawieruszycie, to przepadnie wam prom.
                Stanęliśmy więc posłusznie z plecakami u stóp i wolno posuwaliśmy się w kierunku magicznych drzwi.
                – Dajcie tych chłopców na początek kolejki – ten sam mężczyzna uznał za stosowne nam pomóc, a inni nie protestowali, więc szybko znaleźliśmy się na czele.

                Weszliśmy do małego pokoiku. Za biurkiem siedział umundurowany urzędnik Immigration Office, starszy szczupły mężczyzna o pociągłej twarzy i w okularach. Moje niewielkie jeszcze doświadczenie życiowe mówiło mi, że im szczuplejszy facet tym bardziej wredny, z kobietami było różnie. Pewnie grube baby wściekają się że są grube, a facetom to mniej przeszkadza.
                – Wasze paszporty proszę – odezwał się sucho po angielsku. Wyciągnąłem i podałem mu nasze dokumenty, Maciej stał w rękach z naciągniętymi na dłonie rękawiczkami, by gips nie rzucał się w oczy. Urzędnik starannie przejrzał mój paszport i plastikowy dowód Maćka, a dane przepisał na kartce.
                – Mamy awarię terminali – oznajmił. – Nie mogę sprawdzić was w komputerze. Zajac? Tak to się czyta?
                Maciek uśmiechnął się.
                – Zając – poprawił.
                – Aha. Dokąd jedziecie?
                – Do Bristolu, do nas do domu. Pan Zając jedzie do mnie na wakacje.
                – Aha – zadumał się urzędnik. – Pokażcie, co macie w plecakach.
                Podałem mu plecak. Pewnie był ciekawy, co w środku. Narkotyków nie przewoziliśmy, nie wyczuwałem tu niebezpieczeństwa. Założył białe, gumowe rękawiczki, a następnie jakiś czas gmerał jedna ręką, przyświecając sobie latarką, którą trzymał w drugiej. Jeszcze raz zrobiłem rachunek sumienia.
                – Ale te brudne majtki mógłbyś choć wsadzić do jakiegoś woreczka foliowego.
                Zarumieniłem się lekko. Faktycznie w To były gacie Macieja, które zmieniłem mu na ostatnim postoju przed granicą.
                – Mam nadzieję, że twój przyjaciel jest porządniejszy – powiedział zapinając mój plecak i tylko rzucając okiem na czerwony plecak Maćka. – Dobrze, dziękuję i życzę przyjemnej podróży – uśmiechnął się swoim służbowym uśmiechem.

                – Nie wszystko zrozumiałem – powiedział Maciej, gdy już siedzieliśmy w autobusie, który miał nas zawieźć na prom.
                – Zobaczył twoje brudne gacie i go zamurowało.
                – Jeszcze coś mówił?
                – Tak – odparłem – mówił, że mają awarię komputerów. Prawdopodobnie dlatego jeszcze żyjemy – dotarło do mnie dokładnie w momencie, gdy mówiłem te słowa. Przecież gdyby zaczął nas sprawdzać to cycki w górę. Nie, jak mnie uczył Maciek? Dupa blada. – No daj pyska – dodałem, całując go w policzek przy samym kąciku ust. Chciałem więcej, ale jeszcze będzie na to czas.
                Tymczasem autobus zamknął drzwi z sykiem i ruszył w kierunku promu. Gdy byliśmy już na statku, usiedliśmy w pokoju przypominającym nieco hotelowe foyer, z recepcją, automatami do gry w rogu i czerwonymi fotelami.
                – Zaraz odpływamy. Chcesz może jakieś ciepłe picie?
                – Nie – odparł Maciek, choć wiedziałem, że chce, od Dortmundu nie miał niczego ciepłego w ustach. Znów ten jego ośli, a może zajęczy upór. Już ja go tego oduczę.
                – To poczekaj, bo ja chcę – powiedziałem i poszedłem do bufetu. Oczywiście kupiłem dwie, przecież ta sierota wykończy mi się jeszcze przed Bristolem. A będzie protestował, to, jak mówił tata Maćka, w dziób.
                – Mówiłem ci, że nie chcę – protestował Maciej.
                – Tak? A leki czym popijesz?
                – Wziąłbym łyka z twojej. A właśnie, mam jeszcze pytanie. Czy na tym statku można płynąć tak, żeby widzieć morze? No wiesz, na pokładzie? Kiedyś płynąłem statkiem po Warcie i tam można było.
                Masz, jeszcze mi się przeziębi. Właściwie to powinien się przespać tę godzinkę, te fotele są o wiele wygodniejsze niż siedzenia w autobusie. Popatrzyłem na niego. Siedział w zasadzie w pozycji półleżącej, a na spodniach rysował się lekki wzwód. Z chęcią zmniejszyłbym mu prosiaczka, ale przecież nie w tym miejscu, tutejsze ubikacje są małe, a taki numer jak w autobusie to nie przejdzie, w foyer tłoczyło się wielu ludzi. Poza tym... Było jeszcze jedno miejsce na ciele Maćka, które rozbudzało moją wyobraźnię, ale to załatwię już na miejscu.
                – Można wejść na pokład, ale tam jest zimno i wieje. Chyba nie chcesz się zaziębić do tego wszystkiego?
                – Na jeden malutki momencik – błagał.
                onanizm po węgiersku – vàlenye kőnyà

                Skomentuj

                • trujnik
                  Seksualnie Niewyżyty
                  • Mar 2018
                  • 201

                  #23
                  Syrena zawyła i prom linii P&O zaczął stopniowo odrywać się od nadbrzeża. Maciej delektował się każdym szczegółem. Dopiero kiedy najgorsze niebezpieczeństwo minęło, odetchnął i zaczął coraz bardziej wracać do życia. Omiotłem wzrokiem pokład. Kilku pasażerów, którym niestraszne były lodowate podmuchy wiatru stało i obserwowało oddalający się port. Jeden z nich uparcie wpatrywał, się w nas, tak nachalnie, że zaczęło mi to przeszkadzać. Jakiś zboczeniec czy co? Zaraz, jeśli on jest zboczeńcem to my... Właśnie, chyba jednak naturalniej jest z chłopakiem w równym wieku? No ale z drugiej strony sam byłem ciekaw jak wygląda tata Maćka, gdyby tak zrzucił z siebie wszystkie szmaty. Miał wydatną górkę, pewnie byłoby na co popatrzeć... Dlaczego ja myślę o świństwach? Tymczasem obserwujący nas człowiek oderwał się od barierki i zmierzał w naszym kierunku. Po chwili rozpoznałem w nim tego mężczyznę, który przesunął nas na przód kolejki w Calais.
                  – Wszystko w porządku? – zapytał stając koło nas, tuż przy Maćku. Tego jeszcze brakowało, nie miałem ochoty na żadne przygodne znajomości. Trzeba go jakoś spławić...
                  – Tak, jak najbardziej – odpowiedziałem drętwym głosem.
                  – Ale musicie mieć sporo odwagi, podróżując sami taki szmat drogi. Gdzie wyście wsiedli? W Opolu?
                  – We Wrocławiu – odpowiedział Maciek.
                  – Niewielka różnica. Mam syna w waszym wieku, nigdy nie puściłbym go samego do Polski, nawet z kolegą. Bóg wie, co też może takim młodym przyjść do łba?
                  – Pana syn mieszka w Polsce czy w Anglii? – zapytał niewinnie Maciej. Zaczynałem się wściekać. Czy ten chłopak nie ma odrobiny instynktu samozachowawczego? Jeśli tamten zacznie nas ciągnąć za język to po herbacie. Rzuciłem mu wściekłe spojrzenie i miałem nadzieję, że zrozumiał, w każdym razie zauważył.
                  – W Szkocji, mieszkamy w Dumbarton. Siedzi w domu i czeka na tatę... A tata przyjeżdża trzy dni spóźniony. Ale jak go znam, nie martwi się, zawsze to lepiej, jak starych nie ma w domu, nie, młodzieży? – puścił porozumiewawcze oko. Maciej już chciał coś odpowiedzieć, ale ściągnąłem go na ziemię kolejnym spojrzeniem, które zabija. Nie wiedziałem, czy nie da się sprowokować, a rozmowa zmierzała w niebezpieczne rejony.
                  – Skądże, ja lubię moją mamę – odpowiedziałem za niego, szybko, zanim było za późno – Oczywiście jak to dorośli, czasem ma swoje za uszami, ale raczej nie mam z nią większych przejść – właśnie przeszło mi przez gardło największe kłamstwo w moim wieku.
                  Jak zbawienie zadzwoniła komórka mężczyzny. Wyjął ją i wpatrywał się krótko w ekran zanim odebrał rozmowę.
                  – A jednak żyć beze mnie nie może. A zwłaszcza bez tego laptopa, który mu obiecałem – uśmiechnął się i odszedł przepraszając. Do końca już byliśmy sami obserwując zbliżające się białe klify Dover zza kół ratunkowych wiszących na burtach.

                  Byliśmy na dworcu autobusowym Victoria i do odjazdu mieliśmy jeszcze około czterdziestu minut. Szybciej byłoby pociągiem, ale o wiele drożej. Jeśli pieniądze mają wystarczyć na kilka dni nie możemy sobie pozwolić na zbędne luksusy. Gdyby Maciej poprosił, zastanowiłbym się, tymczasem mu było wszystko jedno. Postanowiliśmy wypić jakąś herbatę w jednej z knajpek przy dworcu. Zostawiłem Maćka w ogródku przed barem i wszedłem do środka zamówić napoje. Właśnie wychodziłem z nimi na zewnątrz, kiedy na ulicy pojawiło się dwóch policjantów. Zatrzymali się przy nas.
                  – Dzień dobry – powiedział ten wyższy, gdy kładłem kubki na blat stołu. – Dokąd się wybieramy? – zapytał patrząc na leżące przy stole plecaki.
                  – Do Bristolu, do domu – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. A co ich to obchodzi?
                  – Zwiedzaliście Londyn? – zapytał ten drugi.
                  – Nie, wracamy z Polski – powiedział Maciej z całkiem niezłym akcentem. Struchlałem. Już nie było czasu na spojrzenia, które zabijają, trzeba było się maksymalnie skupić.
                  – Z Polski – zastanowił się ten niższy. Bezmyślnie wpatrywałem się w kamerę i mały monitorek zawieszony na czarnym mundurze na wysokości piersi i błyskający kolorowym obrazem. A więc to prawda, że zaczęli nagrywać interwencje policji, od pewnego czasu mówiło się o tym. W tej sytuacji nie było to bynajmniej pomocne.
                  – A rodzice wiedzą, gdzie byliście? – zatroszczył się. Z najbardziej obojętną miną, na jaką mogłem się w tej sytuacji zdobyć, sięgnąłem za pazuchę i wyjąłem portfel, a z niego lipny list od rodziców. Podałem go temu wyższemu. Ten przebiegł go wzrokiem.
                  – W porządku – odpowiedział, zwracając mi pismo. – Potrzebujecie może jakiejś pomocy?
                  Ledwie docierały do mnie te słowa, a w ustach zrobiło się tak sucho, że nie wiem, czy odpowiedziałbym w sposób niebudzący podejrzeń. Łyknąłem trochę herbaty, kiedy Maciek uznał za stosowne się odezwać.
                  – Nie, dziękujemy. Damy sobie radę.
                  Długo musiałem się uspokajać po tym zdarzeniu, jeszcze w autobusie dygotały mi ręce.

                  – Zdejmij plecak – powiedziałem, stając przed drzwiami naszego domu i grzebiąc w kieszeniach w poszukiwaniu kluczy.
                  – Ale dlaczego? – dociekał Maciek.
                  – Nie gadaj tylko zdejmij – powiedziałem wyjmując klucz. Otworzywszy drzwi, złapałem go wpół i wniosłem przez próg z ręką podtrzymującą jego pośladki. Zaraz się nimi zajmę...
                  – Jak na jakimś weselu – śmiał się, gdy już weszliśmy do salonu.
                  – Przyniosłem kogoś, kto... – przerwałem. Maciej podszedł do mnie i przytknął swoje wargi do moich. Był trochę niższy ode mnie, musiał lekko zadrzeć głowę. Całowaliśmy się po raz pierwszy w życiu, może na początku było to nieporadne, ale rozkręcaliśmy się z sekundy na sekundę. Nasze języki walczyły ze sobą w najbardziej przyjacielskiej wojnie świata. Sprawdziłem stan jego prosiaczka i z zadowoleniem stwierdziłem, że był gotowy do figli. Już miałem zabrać się do dzieła, gdy przypomniałem sobie o ważnej rzeczy.
                  – Teraz mnie posłuchaj. Najpierw trzeba zrobić kilka ważnych rzeczy, a później będziemy mieli dla siebie cały wieczór i całą noc. Przede wszystkim bezpieczeństwo. Trzeba zasłonić wszystkie okna, tak by dom wyglądał na opuszczony. Żadnego słuchania głośnej muzyki. Sąsiedzi nas na razie nie widzieli, bo są w pracy i lepiej, żeby tak było dalej. Żadnego palenia zbędnego światła, tylko w korytarzu. Ja muszę wyskoczyć na zakupy, bo coś musimy jeść. Nie odbieraj żadnego telefonu, nie włączaj na razie komputera. Jakby ktoś pukał, to zignoruj. Najlepiej idź do pokoju na górze, obojętnie, mojego czy Sama i czekaj. Ja nie będę długo.

                  Przebrałem go, wyciągnąłem rower i pojechałem do marketu. Zrobiłem spore zakupy za całe trzydzieści funtów, takie na trzy dni, choć według mojego planu jutro już nie będzie potrzeby się ukrywać. Na razie zagrożenie było całkiem realne, zwłaszcza że od naszej ucieczki minęło już trzydzieści godzin i o naszym zaginięciu wie już cała Europa. Zrobiwszy zakupy wracałem najprostszą drogą do domu. Już miałem wjechać w naszą ulicę, jakieś sto metrów od domu, kiedy zauważyłem policyjne auto stojące przed naszym domem. Tego nie było w planie... Schowałem się u szczytu ulicy tak, by nie być widoczny a jednocześnie obserwować wydarzenia. Wyprowadzą Macieja czy nie? Jak on zareaguje? Pewnie umiera ze strachu... Byle tylko nie stał pod drzwiami, bo usłyszą jego oddech. A może miał już wszystkiego dość i jednak im otworzył? Eee, chyba tego nie zrobi. Po przejechaniu połowy kontynentu... Patrzyłem na samochód i z łomoczącym sercem oczekiwałem powrotu gliniarzy. Nie wiem ile czasu minęło, kiedy w końcu para policjantów, mężczyzna i kobieta wyszli zza żywopłotu odgradzającego chodnik od przydomowego ogródka. Mieszkaliśmy w domu o zabudowie rzędowej, żywopłot oddzielał wszystkie domy od ulicy. Tymczasem policjanci płci obojga wsiedli do radiowozu i ruszyli w moją stronę. O rany, co teraz... Wsiadłem na rower i natychmiast skręciłem w jedną z bocznych uliczek. Na wszelki wypadek nie oglądałem się za siebie przez jakiś czas, zatrzymałem się dopiero na Arundel Street. Cholera, chyba nie zostawili jakiejś obstawy? Miałem jednak sporego cykora wracać drzwiami frontowymi. Na tyłach naszego domu jest niewielki ogródek, który jest odgrodzony murem od bocznej uliczki, takim sięgającym do piersi, bardziej ozdobnym niż ochronnym. W murze nie ma co prawda żadnej furtki, ale to akurat nie było żadną przeszkodą, już nieraz go przechodziłem. Co prawda matka bardzo tego nie lubiła i zawsze potem miałem burę, ale teraz przecież nie będzie się awanturować... Zlustrowałem okolicę, stwierdziłem brak żywej duszy, następnie ostrożnie przerzuciłem rower i na końcu moje ciało doczesne, jak mówi ksiądz w kościele. Zwycięstwo.

                  Gdy wszedłem do domu, rzuciłem się do salonu, ale tam Zajączka nie było. Pognam na górę, a schody dudniły tak, że chyba było słychać w okolicy. W końcu znalazłem go w moim pokoju. Leżał na łóżku i spał w najlepsze, z lekka posapując. Pewnie policja go wcale nie obudziła, w tym pokoju niewiele słychać i właśnie dlatego był najlepszy w całym domu. Nie zamieniłbym się z Samem za żadne skarby świata, mimo że jego pokój jest większy, tak jakoś wypadło. Jest za to przy schodach i słychać z niego gwar całego domu. O nie, dziękuję za takie luksusy. Podszedłem do łóżka i okryłem Maćka kocem, po czym usiadłem obok niego. Był to najpiękniejszy widok w moim życiu. Mógłby się nie budzić jeszcze kilka godzin, nie nudziłbym się ani sekundy.

                  – Pomożesz? – zapytał Maciej, gdy już leżał w wannie a ja mydliłem jego ciało. Jednak kąpanie połamańca w wannie jest o wiele wygodniejsze, niż męczenie się pod prysznicem. Trochę wbrew sobie postanowiłem umyć go po żołniersku, krótko, bez ekscesów, jednak łóżko do tych rzeczy jest lepsze. Jednak Maciej, a tym bardziej jego członek, nie chcieli widać o tym słyszeć.
                  – Teraz? Zaraz pójdziemy do łóżka, tam jest więcej miejsca.
                  – Ale...
                  – Pamiętaj, ja też chcę – odwołałem się do ostatniej instancji. Poskutkowało.
                  Wkrótce po kąpieli leżeliśmy w moim łóżku, które gościło pierwszą osobę w moim życiu i pewnie w swoim, kupiliśmy w końcu fabrycznie nowe. Sama i moich kolegów, którzy na nim siedzieli, nie liczyłem. Pierwsze zwarcie było niezwykle silne ale krótkie, obaj byliśmy tak naładowani, ze wiele nam nie było potrzeba, by kwiczeć z rozkoszy. Zwłaszcza mnie, bo nie robiłem tego od trzech dni, Maciek miał jednak codzienny serwis.
                  – Powiedz, jak to jest mieć mojego prosiaczka w buzi? – zapytałem, gdy siedzieliśmy koło siebie oparci o ścianę. Dwa białe ciała, których biel jest symetrycznie zakłócona kępkami chłopięcych włosów łonowych i to tylko nad samymi siusiakami.
                  – Fajnie i tak bardzo ślisko – odpowiedział Maciek. Spróbujesz?
                  – Nie wiem – miałem opory. Nigdy dotychczas o tym nie myślałem. Widziałem oczywiście na różnych pornosach, wyłącznie damsko-męskich, które oglądałem z kolegami. Na początku myślałem, że to taka akcja pod tytułem "czego się nie robi dla filmu", bo jak to brać siusiaka do buzi? Przecież on służy do czegoś innego. Gdy Maciej zrobił to po raz pierwszy, myślałem, że po prostu się nade mną lituje, bo przecież użycie rąk było w jego przypadku niemożliwe. Jednak później dostrzegłem, że czerpie z tego sporą przyjemność a jego maluch twardnieje od razu, gdy mój członek wchodzi w jego usta. I nie opada, jak wyjmuję...
                  – Spróbujesz? – zachęcił mnie.
                  – No nie wiem...
                  – Nie bój się – prawie szepnął. Spełzłem z posłania i nachyliłem się nad jego kroczem. Oklapnięty już nieco prosiaczek Maćka wyprostował się niemal automatycznie. Dotknąłem go językiem na próbę w samą główkę. Jakieś słabe dreszcze przebiegły mi wzdłuż kręgosłupa.
                  – Odważniej – zaśmiał się Maciek. – Naprawdę to nie jest takie złe.
                  Odważniej to odważniej. Zdążyłem już poznać zakamarki jego malucha i wiedziałem, co najbardziej lubi. Po niedługim czasie oswoiłem się z ciałem obcym ale jak najbardziej pożądanym w moich ustach. Zacząłem pompować.
                  – Ściśnij – wyszeptał Maciej. Po chwili jęczał z rozkoszy a ja już wiedziałem co robić. Mój mózg się wyłączył, robiłem to intuicyjnie, dodatkowo podniecały mnie uderzenia mojego własnego prosiaczka o pępek.
                  – Aaaaaa....
                  Nie zdążyłem wyszarpnąć na czas, część płynu została mi w ustach, reszta ochlapała mi twarz.
                  – No i co, było tak źle? – zapytał Maciek, gdy znów leżeliśmy koło siebie, a ja pieściłem jego tors.
                  – Gdzie tam, na początku jakoś tak dziwnie, ale później bardzo fajnie.

                  Tymczasem moje myśli wędrowały w zupełnie inny zakamarek Maćkowego ciała. Pomagając mu przełożyć ręce, położyłem go na brzuchu i patrzyłem na jego pośladki. Położyłem na nie rękę i napawałem się ich krągłością, jędrnością. Były białe, niewielkie, jak jego właściciel i pociągające. Rozchyliłem je.
                  – Nie – powiedział stanowczo Maciek.
                  – Co: nie? – zdziwiłem się.
                  – Bo to miejsce jest jakieś takie... – szukał odpowiedniego słowa – nieczyste.
                  – Przecież dopiero co cię kąpałem? – zdziwiłem się.
                  – Nie o to mi chodzi. Wiesz, ono służy do czego innego.
                  – Nie skrzywdzę cię – powiedziałem. – Ale zobaczyć chyba mogę? Już tyle ci widziałem...
                  – No zobaczyć tak, ale nic poza tym.
                  Niech mu będzie. Zobaczyłem to miejsce. Było prawie fioletowe przy samym końcu i pomaszczone wokół samego centrum.
                  – Mogę dotknąć?
                  – No w ostateczności... – odpowiedział, kiedy przełamał już pierwszy wstyd. Dotknąłem i zobaczyłem reakcję. Mój prosiaczek aż podskoczył z radości.
                  – Do proktologa to ty raczej nie pójdziesz – zaśmiałem się.
                  – Prokto co?
                  – Proktolog. To taki lekarz, który leczy takie dziurki. Tam też można zachorować. Takie badanie przechodzi się z palcem w dupie – użyłem świeżo poznanego idiomu. Maciej roześmiał się. Tymczasem wszedłem na łóżko i klęczałem nad nim na czworakach pocierając jego odbyt śliskim z emocji członkiem. Na więcej jeszcze nie jest gotowy, nie będę go męczył, nie dziś. Maćka trzeba oswajać jak osiołka na łące.

                  – No i co, jak było? zapytałem, kiedy już było po wszystkim a Maciek wycierał moje nasienie chusteczką.
                  – Nigdy nie powiedziałbym, że to może być fajne – odpowiedział. Byliśmy już nasyceni, teraz trzeba było ubrać się i zjeść kolację, póki na dworze jest jeszcze jasno. Gdy już nałożyłem moje domowe ogrodniczki, wziąłem do ręki telefon i odszukałem znajomy numer.
                  – Do kogo dzwonisz? – zapytał zaniepokojony Maciej.
                  – Do mamy.
                  onanizm po węgiersku – vàlenye kőnyà

                  Skomentuj

                  • trujnik
                    Seksualnie Niewyżyty
                    • Mar 2018
                    • 201

                    #24
                    14.

                    – Dortmund, gdzie to jest? – zapytałam. Moja znajomość geografii była pobieżna, nieobejmująca wiele poza Polską i Anglią.
                    – Na zachodzie Niemiec – odpowiedział krótko Robert, skupiony na prowadzeniu auta w śniegowej paćce. – Ale czy to na pewno oni?
                    – No właśnie nie wiem – odpowiedziałam, pamiętając strzępy rozmowy z policjantem. – Ten młodszy był w czerwonej kurtce, a o ile pamiętam, Maciek takiej nie miał. Miał?
                    Robert tylko pokręcił przecząco głową.
                    – Podobno nawet gipsu nie widzieli, więc może to nie oni. Boże, gdzie oni są...
                    Radio nadawało przebój ostatniego lata, Despacito, który wybitnie działał mi na nerwy. Bez pytania zmieniłam stację na nadającą muzykę poważną, o wiele bardziej odpowiadającą mojemu nastrojowi, widokiem za oknem i ogólnemu armagedonowi, w jaki przeistoczyło się nasze życie. Sama byłam mu winna... Ale czy ja? Przecież to musiało zacząć się o wiele wcześniej, tak ni z tego ni z owego dwóch chłopaków nie zapała do siebie miłością. Przeszukiwałam zakamarki pamięci. Tim zawsze był spokojnym chłopcem, no chyba że chodziło o zdrowie, potrafił być hipochondrykiem jak każdy samiec. Nie był agresywny, nie bił się z kolegami, choć umiał zawalczyć o swoje. Chyba miał więcej koleżanek niż kolegów, ale nie dałabym się za to pokroić, od kiedy na świat przyszedł Sam, zaniedbałam trochę starszego syna, trzeba się w końcu do tego przyznać. Dzieci są dobre, jak nie krzyczą i jeść nie wołają, jak to mówią, a Sam krzyczał wiele, zresztą był młodszy. A może to brak ojca? Przecież nie ochajtam się z pierwszym lepszym facetem tylko dlatego, że dziecko potrzebuje ojca. Zresztą trudniej znaleźć ojca dzieciom niż mężczyznę na jedną noc czy nawet na kilka lat. Może gdybym trafiła na kogoś takiego jak Robert, który w oczywisty sposób lubi moich synów, a przy tym jest świetny w łóżku, to kto wie?
                    – Robert, czy ty wcześniej wiedziałeś, że... no, wiesz, że Maciej jest, no wiesz?
                    Odpowiedź przyszła później niż się spodziewałam i była negatywna. Wydawało mi się, że Robert drgnął, a może to tylko podrzuciła nas lekko następna bryła ubitego śniegu. Miałam jednak wrażenie, że nie mówi prawdy.
                    – Nie zastanawiałem się nad tym, w ogóle ostatnio miałem słaby kontakt z synem – dodał usprawiedliwiająco. – Wszystkim zajmowała się moja żona.
                    Klasyczny samiec, no pewnie. U wielu facetów rodzicielstwo ogranicza się wyłącznie z dumy do bycia ojcem.
                    – A właśnie. Nie uważasz, że twoją żonę jakoś niespecjalnie interesuje to, co dzieje się z jej własnym dzieckiem? Przecież od czasu, kiedy zniknęli, nie zadzwoniła ani razu, przynajmniej nic mi na ten temat nie wiadomo.
                    – Puszczam jej esemesy – uciął Robert. Zauważyłam, że ile razy jest mowa o jego żonie, wpada w rozdrażnienie. Miałam kilku kolegów, głównie z pracy, którzy tak reagowali. Ich małżeństwa były głównie na papierze, później szybko się rozwodzili.
                    – A właśnie, a jak tam rozmowa z Samem? – przypomniałam sobie. – Coś do niego dotarło? – zapytałam, choć nie wiem, czy byłam przygotowana na odpowiedź. Cholera wie, czego on mu nagadał. Do tej pory trzymałam syna z daleka od tych rzeczy, zresztą nie sądziłam, że go to interesują, to jeszcze nie ten wiek. Ostatnio był bardziej zainteresowany śledzeniem kotów sąsiadów, po tym jak zobaczył na BBC program dokumentalny, w którym przymocowali kotom kamery i wyszły na jaw bardzo ciekawe rzeczy. Po prostu dzieciak jak wielu w jego wieku. Prawdziwa rewolucja przyjdzie za dwa, góra trzy lata...
                    – A wiesz, że nawet, nawet? – Robert uśmiechnął się na wspomnienie tej rozmowy. – Oczywiście nic od razu, ale coś do niego na pewno dotarło. W każdym razie już wcześniej wiedział, że to można robić w różne dziurki.
                    – Skąd? – przerwałam szorstko. Pewnie wiedział, ale ta cholerna męska solidarność wzięła górę.
                    – A tego do końca się nie dowiedziałem – odpowiedział, ale wiedziałam, że kręci. Jedna z typowo męskich odzywek, podobna do słynnego "to nie jest tak jak myślisz". – Lilka, w jego wieku to ja również wiedziałem, choć nie było internetu, pornosów w każdym kiosku i parad równości. Chodziła propaganda szeptana, o takich rzeczach rozmawiało się za podwórkiem na śmietniku, byle broń cię Boże dorośli nie usłyszeli.
                    – Ty też brałeś udział w takich rozmowach?
                    – W kilku tak – zaśmiał się Robert. – Ale zbyt dużo się nie dowiedziałem. Zdecydowanie mniej niż w ciągu kilku ostatnich dni.
                    Szczeniak pewnie ogląda pornole z kolegami. Czytałam damską prasę, z tych, które czyta się zwykle w poczekalni u fryzjera lub dentysty, w której zaniepokojone matki łapały dzieciaki na oglądaniu filmów pornograficznych, ba nawet na onanizowaniu się przy tych produkcjach. Dlaczego nie miałoby to dotyczyć Sama, to znaczy oglądanie, na to drugie jest zdecydowanie za młody?
                    – Bardzo był zaskoczony? – z trudem oderwałam się od swoich myśli.
                    – Ja wiem? Pewnie gdzieś w podświadomości się tego spodziewał, że wcześniej czy później ktoś wytłumaczy mu dokładnie, co się stało. Aha, Lilka, czy ty podczas ciąży z Samem paliłaś papierosy?
                    – Popalałam – odparłam zmieszana. A co to ma do rzeczy? Zresztą palenie rzuciłam wkrótce po porodzie, głownie ze względów oszczędnościowych. Dwoje dzieci, w tym jedno w wieku niemowlęcym, to przede wszystkim potworne wydatki. Paczka papierosów kosztowała wtedy pięć funtów, tyle, za ile można wykarmić rodzinę w dzień. – A dlaczego pytasz?
                    – Bo jedna z teorii powstania homoseksualizmu to niedotlenienie mózgu w okresie okołoporodowym – wyjaśnił.
                    W tym momencie zaczęłam być spokojna o poziom wiedzy przekazanej przez Roberta. Znów mi zaimponował. Nieważne, jak się tego dowiedział, możliwe, że gorączkowo grzebał w Wikipedii przez tą rozmową, w każdym razie chyba zrobił to bez zarzutu.

                    Jeszcze nie dojechaliśmy do Szklarskiej, a zadzwonił telefon. Znów policja. Okazało się, że dzieciaki przekroczyły granicę brytyjską i tym razem nie może być żadnych wątpliwości, bo zgadzały się nazwiska. To, że ich nie zatrzymali, zawdzięczają tylko przypadkowi, padł system komputerowy na posterunku granicznym i całą odprawę robiono tak jak dwieście lat temu, ręcznie, nie sprawdzając pasażerów w Interpolu i na listach poszukiwanych.
                    – To chyba dobra wiadomość – skwitował Robert. – Przynajmniej mamy pewność, że będą w domu i nic złego im się nie stanie.
                    – Wcale nie mamy – prychnęłam gniewnie. – Dlaczego zakładasz, że mieliby jechać do domu? Anglia jest długa i szeroka. Jak uciekają, to chyba nie po to, by zostać złapani? Zamelinują się na jakimś squacie czy czymś podobnym, w Londynie jest sporo takich miejsc. Nie muszą jechać aż do Bristolu.
                    – Teoretycznie możliwe, tyle że głupio myślisz. Gdzie znajdą wygodne łóżka, ciepłe pokoje, gorące posiłki? Z tego, co zauważyłem, Tim to odpowiedzialny chłopak i nie da Macieja skrzywdzić. A Maciej to ciućmok, zwłaszcza na nieznanym sobie terenie. Nie, Lila, twoje myślenie nie trzyma się kupy.
                    – Możliwe – odpowiedziałam tępo. – Sama nic nie wiem...

                    – Masz jakiś pomysł na resztę wieczoru? – zapytał Robert, gdy już zapakowaliśmy przed ośrodkiem.
                    – Tak, wziąć jakąś pigułkę i się położyć. Ja już nic nie czuję, nic nie wiem i najchętniej bym się urżnęła w trupa, tyle że zdaję sobie sprawę, że właśnie teraz nie wolno mi tego zrobić. Ale chodź do mnie na chwilę, zrobisz mi kawy, dobrze?
                    Wykorzystam go, a co? Mnie nie przeszkadzała ideologia gender, jak raz na jakiś czas mężczyzna zrobi kobiecie kawę to korona mu z głowy nie spadnie. Może zresztą robić co chce, byle mi nie prał majtek i biustonosza.

                    Robert nie miał nic przeciw zrobieniu mi kawy, wypiłem ze smakiem i nawet trochę się uspokoiłam. Usiadłam na jedynym fotelu w pokoju, Robert stanął przy mnie, położył rękę na mojej głowie, następnie przycisnął ją do swojego, wcale nie najmniejszego brzucha, no, może odrobinę poniżej, po czym delikatnie jego ręka zsuwała się w stronę moich piersi. Nie ma na świecie kobiety, z lesbijkami włącznie, która nie wiedziałaby, co to oznacza.
                    – Nic z tych rzeczy, mam swoje damskie dni – odpowiedziałam, mimo że dreszcz żądzy zaczął dominować nad moim posłusznym na ogół ciałem, a zwiększył się jeszcze, kiedy twarzą wyczułam erekcję. Rozpięłam mu spodnie, które on ściągnął na wysokość kolan, zostając w samych bokserkach. Przez kolorową tkaninę drażniłam mu członek twarzą, wchłaniając samczy zapach i rozkoszując się wilgocią, która przenikała przez materiał. Z bokserek uwolniłam go sama, duży, kształtny organ wyskoczył jak strzała i za sekundę brałam go łapczywie wpijając się palcami w jego duże acz mięsiste pośladki. Oboje sapaliśmy i odreagowywaliśmy frustracje, zdenerwowanie i nieprzespane noce.

                    Telefon zadzwonił w momencie, gdy Robert uwalniał się od ładunku, który zalewał mi twarz. Jak dzika rzuciłam się do telefonu, ocierając w locie nasienie. Na wyświetlaczu komórki pojawił się pyszczek Tima. Nie od razu nacisnęłam na zieloną ikonkę przedstawiającą słuchawkę, byłam do tej rozmowy zupełnie nieprzygotowana.
                    – Tim? – zakrzyknęłam, gdy wreszcie zdobyłam się na odebranie rozmowy. – Gdzie jesteście? Co robicie? Żyjecie? Cali i zdrowi? – wykrzykiwałam bezładnie.
                    – Mama, nie zadzwoniłem, aby z tobą porozmawiać, ale aby ci coś przekazać. Nie przerywaj, bo jak pierwszy raz przerwiesz, to przerwę rozmowę.
                    Siłą rzeczy musiałam się na to zgodzić, choć miałam ochotę wrzeszczeć i bluzgać.
                    – Po pierwsze, odwołujecie poszukiwania i to natychmiast, zaraz po tym, jak się rozłączę. Na policji i wszędzie tam, gdzie zgłosiliście. Jesteśmy w domu i wiesz, co się z nami dzieje, nie jesteśmy już zaginieni ani sekundę dłużej. Po drugie, Sam ma być ukarany za to, co powiedział, to przez niego ten cały pasztet. Co do tych fioletowych plam, o których naopowiadał ci głupot, poparzyłem się herbatą, gdy odbierałem telefon i użyłem twojego środka przeciwko oparzeniom, z twojej własnej apteczki. Nie zadziałał jak powinien, miałem później bąble i krosty. Po trzecie – pieniądze za nasz wyjazd, który kosztował dotąd dwieście osiemdziesiąt sześć funtów i siedemnaście pensów, zapłacisz na konto Macieja. Wreszcie po czwarte, temat nie istnieje i masz absolutny zakaz rozmawiania z nami na ten temat, ma być tak, jakby go w ogóle nie było, oczywiście o ile sami nie poruszymy go pierwsi, co, zapewniam cię, długo nie grozi. Prędzej porozmawiam o tym z wujkiem Robertem.
                    – Ale, posłuchaj... – przerwałam.
                    – Powiedziałem, jeszcze jedna próba przerwania mi i jesteśmy rozłączeni – sprowadził mnie na ziemię wyrachowany głos Tima. – Bo to jeszcze nie wszystko. Otóż jeśli nie zrobicie tego, o co prosimy, jutro rano udajemy się do Social Service i opowiadamy wszystko od początku, co się stało, z pobiciem włącznie. A doskonale wiesz, że za to cię nie pogłaszczą. To nie jest szantaż a obrona przed tym, co jeszcze możesz nam zrobić, rozumiesz? A na razie żegnam, zadzwonię jutro rano. Aha, żeby cię uspokoić, powiem, że jesteśmy cali i zdrowi, poza połamanymi rękami Maćka. Nie próbuj oddzwaniać, bo wyłączam telefon. Pa.

                    – Podły szantażysta! – rzuciłam się na łózko, bijąc w nie pięściami. Komórka spadła mi na podłogę, Robert, zapinający właśnie spodnie podniósł ją i położył na stole.
                    – Co powiedział? – zapytał łagodnie.
                    – Przedstawił listę żądań niczym najbardziej zbiurokratyzowany związek zawodowy. Po czym powiedział, że jak nie odwołamy poszukiwań, to zadenuncjuje mnie do Social Service. I jeszcze na końcu zabiorą mi dziecko! Oni tam nie żartują! – ukryłam twarz w poduszce.
                    – No dobrze, ale jakie to były postulaty? Trudno mi się odnieść do twojej, przepraszam cię Lilka, histerii, nie wiedząc, o co chodzi. Zdaje się, że podobny błąd popełniliśmy przed trzema dniami, prawda?
                    Miał rację. Już nieco spokojniejsza punkt po punkcie przedstawiłam mu żądania chłopców, a właściwie Tima, Maciej do nich się nie dokładał, tego byłam pewna.
                    – Lila, a nie sądzisz, że on ma rację? Ja w każdym razie nie widzę na tej liście żadnego warunku, którego nie da się spełnić. Odwołanie poszukiwania to oczywistość, Sam powinien dostać tak czy inaczej w skórę za ten wybryk, Tim naruszył swoje fundusz,e a z twoją psychiką wcale nie jest pewien, czy nie nałożysz mu znów po pysku. Ja w każdym razie przyjąłbym je w całości, to i tak najniższy wymiar kary za twoje, to znaczy nasze błędy. Ciesz się, że są cali, zdrowi i w bezpiecznym miejscu.
                    – No ale po co uciekali? przecież mógł do mnie przyjść i porozma...
                    Za późno ugryzłam się w język, przecież uniemożliwiłam mu jakąkolwiek rozmowę a nawet zamknęłam na cztery spusty w pokoju.
                    – Dobrze, że nareszcie rozumiesz, co się stało.
                    onanizm po węgiersku – vàlenye kőnyà

                    Skomentuj

                    • trujnik
                      Seksualnie Niewyżyty
                      • Mar 2018
                      • 201

                      #25
                      Musiałam tylko sprawdzić, czy dzieciaki rzeczywiście są w domu. Nie było podstaw, by nie wierzyć Timowi, ale przecież, jeśli mam respektować jego żądania, to niech w tym momencie in również będzie wobec mnie w porządku. Był tylko jeden sposób.
                      – Robert, gdzie jest moja komórka? – zapytałam, nie stwierdziwszy jej obecności w torebce.
                      – Przecież położyłem ją na stole. Gdzie chcesz dzwonić? – zapytał podając mi telefon. Jednak to prawdziwy dżentelmen.
                      – Tylko coś sprawdzę – odpowiedziałam wykrętem i wywołałam numer naszego telefonu stacjonarnego. Nikt go co prawda nie używa, ale na nim uwiązany jest cały domowy internet. Trochę czekała, gdy usłyszałam głos Tima.
                      – To ja, twoja mama – powiedziałam. Tim natychmiast odłożył słuchawkę, ale więcej nie oczekiwałam. Nie kłamał.

                      Piętnaście minut później przekraczaliśmy próg posterunku policji w Szklarskiej Porębie. Na szczęście nie było już tego tępego dziada, który kazał nam rozprawić się z naszymi dzieciakami. Przyjęła nas młoda, ładna policjantka. Rzecz jasna wiedziała już o co chodzi, naszą historię znał cały komisariat i wszyscy życzyli nam jak najlepiej.
                      – Cieszę się, że dzieci się znalazły – odpowiedziała uśmiechnięta. – Oczywiście odwołamy poszukiwania.
                      – Międzynarodowe też? – upewniałam się.
                      – Dam do centralnego systemu jako pilne, a oni powinni już zdjąć z międzynarodowego. Postaram się zrobić to, co w mojej mocy.
                      – Czy to już wszystko? – zapytałam się. Możliwe, że czekają nas jeszcze inne konsekwencje, wolałam o nich wiedzieć na zapas. Bałam się zwłaszcza o Macieja, mnie w Anglii już nic nie groziło, oczywiście o ile Tim nie spełni swoich pogróżek, na co w duchu liczyłam, w końcu robiłam, co chciał.
                      – Nie sądzę – odpowiedziała policjantka. – Pana Zająca może odwiedzić opieka społeczna, ale wątpię, chyba że prasa rozgrzebie temat. Nasz rzecznik da do prasy krótki komunikat, że chłopcy się znaleźli, bez podania dalszych szczegółów. Reszta należy wyłącznie do państwa, czy będziecie chcieli z nimi rozmawiać czy nie.
                      Nie chcieliśmy. Pożegnaliśmy się z funkcjonariuszką, wydawało mi się, że Robert przytrzymuje jej dłoń trochę dłużej, niż wynikałoby to z konwenansów. Cóż, każdy facet to trochę dziwkarz. Albo homoseksualista.

                      Wieczór spędzaliśmy w pokoju, już o wiele bardziej spokojni i zrównoważeni. Siedzieliśmy na sofie z kieliszkami dobrego wina w ręce, na które wykosztował się Robert.
                      – Lilka, mam jedno pytanie, ale takie niedyskretne, mogę?
                      – Jak bardzo niedyskretne, to może nie... A o co chodzi?
                      – No... – plątał się Robert i po momencie wykrztusił – czy wziął się ktoś kiedyś, no... od tyłu? o znaczy analnie?
                      – Nie – odpowiedziałam machinalnie i trochę ze wstydem. – A dlaczego cię to obchodzi?
                      – No bo przecież nie sądzisz, że nasze pociechy zaspokajają się w inny sposób? To znaczy w inny sposób na pewno też ale chyba to właśnie jest sól miłości homoseksualnej, przynajmniej w powszechnym rozumieniu.
                      – No tak – o tym oczywiście słyszałam i zawsze reagowałam na to z odrobiną obrzydzenia – ale co to niby ma do rzeczy?
                      – A nie ciągnie cię spróbować, co oni przy tym czują? Dlaczego to robią? Przecież nie tylko homoseksualne pary się tak zaspokajają, prawda?
                      Miał rację, ale nie ciągnęło mnie, bynajmniej. W końcu ludzie robią w łóżku różne rzeczy, przykuwają się kajdankami, leją pejczem po tyłku... Dlaczego ma mnie to interesować? Ach racja, mój syn. Czy ja kiedyś zastanawiałam się, co on może czuć? Nie tylko w łóżku, ale w ogóle? Ostatnio raczej nie, kiedyś pewnie też nie, miałam kłopoty z przywołaniem do pamięci jakiejś konkretnej sytuacji.
                      – Ja wiem? Nie wydaje ci się to trochę zboczone?
                      – Wcale nie – odpowiedział Robert niewzruszony. – Nie nazwałbym tego zboczeniem, powiedzmy pieprzykiem. Trochę inaczej niż zwykle. Zwłaszcza że przecież nie możesz...
                      Niewinne pytanie przerodziło się w jawną propozycję i to po kilkunastu sekundach. To się nazywa jawna bezczelność.
                      – Hmmm... – odpowiedziałam. – Ja wiem?
                      Więcej nie zdążyłam, bo Robert już zajął się rozpinaniem mojej sukienki.

                      Teraz trzeba by się zastanowić, co robimy dalej – powiedział Robert, gdy wtuleni w siebie oglądaliśmy nocny film w telewizji. Patrzyłam na jego opanowaną twarz wiedząc już, że jestem w nim zakochana.
                      – Ktoś musi odebrać Maćka, to oczywiste, na razie mam dziecko w szpitalu i trudno mi się będzie stąd ruszyć. Lekarz powiedział, że jeszcze trzy do czterech dni, choć młody rozrabia tak, że z chęcią by się go pozbyli. Zresztą żartował, bo Sam jaki jest, taki jest, ale na pewno da się lubić.
                      – Samej cię nie puszczę, zwłaszcza z dzieciakiem po zapaleniu płuc, bądź tego pewna.
                      – A jak odmówię? – zapytałam przekornie.
                      – Nie odmówisz – zamknął mi usta pocałunkiem.
                      – Weźmiemy twoje auto – kontynuował, kiedy już zakończyliśmy namiętny pocałunek – a ja wrócę z Maćkiem samolotem, bo przecież nie będę się tarabanił autobusem w zimie. Maciek też z pewnością ma już dość. Co dziś mamy? Piątek? To pojedziemy we wtorek, w poniedziałek wypiszemy młodego ze szpitala.
                      – Może tek być – zgodziłam się. – Co za beznadziejny film.
                      – Możemy go wyłączyć i zająć się czym innym – Robert przytulił się do mnie i położył mi rękę na udzie.
                      – Tak jak poprzednio? – upewniłam się.

                      Rano zgodnie z umową zadzwonił Tim i poinformowałam go, że warunki zostały przyjęte i punkt pierwszy, odwołanie poszukiwań, zrealizowany. Nie wydawał się by≥ć zaskoczony. Poinformowałam go również, że przyjeżdżamy za cztery dni.
                      – Dobrze, a co z Maciejem? – upewniał się.
                      – Włos mu z głowy nie spadnie a do Polski wróci na pewno – uspokoiłam go. Wizyta Roberta miała być niespodzianką, zgodziłam się na nią również dlatego, że dogaduje się z moimi urwisami lepiej niż ja, poza tym dłużej będzie ze mną...

                      Cztery dni później siedzieliśmy w restauracji na stacji benzynowej pod Dortmundem, tej samej, na której byli nasi synowie.
                      – E, szkoda, że nie zabrała ich policja i nie wsadziła ich do więzienia. Tim miałby przynajmniej o czym opowiadać, no nie? – Sam słuchał właśnie opowiadania Roberta o tym, co się działo z chłopcami. Ze szpitala wypisaliśmy go kilkanaście godzin temu, teraz nadrabiał zaległości.
                      – Ty się ciesz, jeśli w ogóle będzie chciał z tobą rozmawiać – przerwałam mu. – A kara ciebie nie minie. Masz areszt domowy na wszystkie weekendy aż do lipca – powiedziałam groźnie.
                      – Za co? Za to, że troszczyłem się o brata? – zapytał piskliwym głosem Sam. – Nie ma sprawiedliwości na tym świecie. Teraz już rozumiem, że niem powinienem, ale...
                      – Ale zawsze warto być w porządku wobec innych – wpadł mu w słowo Robert. – Masz tu pięć euro na automaty.
                      Sam podarunek przyjął z wdzięcznością i ulotnił się w tempie niemal kosmicznym. Facetom jednak czasem brak konsekwencji, powinien dostać klapsa w tyłek a nie pięć euro.
                      – A co będzie z nami, jak to wszystko się skończy? – zapytał Robert. – Już widzę ten lament, jak chłopaki będą musieli się rozdzielić. Maciej dwa miesiące nie przyjdzie do siebie i zrujnuje mnie finansowo przez te rozmowy z Anglią.
                      – Są tanie sposoby dzwonienia do Polski – pocieszyłam go. – A dzieciaki muszą zrozumieć, że wszystko się kiedyś kończy – powiedziałam patrząc na niego smutno. Właśnie, a co będzie z nami? Kto się będzie bardziej mazał przy pożegnaniu, my czy oni? Bo że Roberta nie puszczę, to była oczywistość. Nawet w moim mężu nie byłam tak zakochana jak w nim. I nie widziałam dla siebie innej przyszłości.
                      – A my? – zapytał Robert, jakby odgadł moje myśli.
                      – Zrób w swoim życiu porządek, a później zobaczymy. Na razie niech sytuacja się wyklaruje, choć nie uważam, że mamy do czynienia z jakimś przelotnym romansem naszych chłopaków, sądzę, że to jest o wiele głębsze, niż nam obu się wydaje...
                      Patrzyłam tępo na parkujące ciężarówki zastanawiając się, czy nasz przypadek nie jest jeszcze beznadziejny.

                      Było już dobrze po dziewiątej, kiedy zaparkowałam przy naszym domu. Przez całą drogę prowadził Robert, kierownicę przejęłam dopiero przede Bristolem, na którym się znam, byliśmy zbyt zmęczeni, by bawić się jeszcze w pilotowanie. Przez kanał przejechaliśmy Eurodziurą, co może nie zaoszczędziło mi funtów, ale czasu. Dom wyglądał na opuszczony, światło w pokoju Sama i Tima było zgaszone. Czyżby nie było ich w domu? Trzęsącymi się ze zdenerwowania rękoma szukałam kluczy. Co się z nimi znowu stało? Już po otwarciu drzwi usłyszałam muzykę, co uspokoiło mnie nieco. Popędziłam przez długi hall i wpadłam do salonu. Zamarłam. Na suficie wisiały girlandy i inne ozdoby, migały choinkowe lampki przyczepione do kotary. Z głośników leciała głośna muzyka a chłopcy... tańczyli twista! Maciej wywijał nieporadnie zagipsowanymi rękoma, Tim niby tańczył, ale bardzo nieporadnie i raczej wpatrywał się roziskrzonymi oczyma w partnera.

                      Twist again, to jest taniec trupa
                      Oddzielnie tańczy biust, oddzielnie du... du pa ra ra
                      – śpiewał Maciej na głos śmiejąc się. Miałam ochotę w nich rzucić w nich czymkolwiek, byle tylko przestali. Popatrzyłam na Roberta wściekłym wzrokiem, ten od razu zrozumiał podtekst.
                      – Nie przerywaj im szczęścia – powiedział. – Pokażemy młodziakom, jak się naprawdę tańczy twista?
                      Uśmiechając się kiwnęłam głową.
                      onanizm po węgiersku – vàlenye kőnyà

                      Skomentuj

                      • Milenart
                        Świntuszek
                        • Aug 2013
                        • 61

                        #26
                        Napisał trujnik
                        Czy w ogóle ktoś to czyta? Z chęcią poczytam jakieś uwagi. Przykro mi, że nie piszę pochwiarskich historyjek do brandzlowania...
                        No chyba nie czyta bo to nie portal literacki. Ale kopiuj-wklejaj dalej, pojemność serwera Beztabu.com jest duża więc się zmieści.

                        Skomentuj

                        • trujnik
                          Seksualnie Niewyżyty
                          • Mar 2018
                          • 201

                          #27
                          Nie traktuję tego miejsca priorytetowo, raczej to jedyne miejsce typowo heterosexualne, gdzie mogę pisać prozę gay bez obawy, że zostanę zlinczowany. Mogę Cię tylko zdziwić, że akurat to opowiadanie ma wyniki nieodbiegające zbytnio od utworów heteryckich (do 25 klików w wieczornym szczycie), więc nie jest źle. Jednak podstawowymi miejscami są dla mnie gayland.fora.pl i mój własny chomik, gdzie sporo osób wpada po nowe odcinki. Do niedawna było również na pornzone.pl (ponad 18 tys. odsłon), ale z różnych powodów zdecydowałem się je stamtąd zdjąć. Tak w ogóle pozostały jeszcze tylko dwa odcinki
                          Last edited by trujnik; 19-03-18, 13:30.
                          onanizm po węgiersku – vàlenye kőnyà

                          Skomentuj

                          • Milenart
                            Świntuszek
                            • Aug 2013
                            • 61

                            #28
                            Nie mam nic przeciwko opowiadaniom gejowskim, fajnie, że je piszesz i się w ten sposób jakoś realizujesz. Tylko z mojego punktu widzenia czytelnicy (mówię za siebie) raczej szukają tu krótkiego, podniecającego opowiadania, które by wprowadziło w erotyczny nastrój, rozbudziło wyobraźnię, zachęciło do masturbacji czy też seksu z partnerem. Twoje opowiadania tym oczekiwaniom nie wychodzą na przeciw. Ale zaznaczam, że jest to tylko moja opinia.

                            Skomentuj

                            • trujnik
                              Seksualnie Niewyżyty
                              • Mar 2018
                              • 201

                              #29
                              Wiesz... najlepiej jak każdy znajdzie coś dla siebie. Jeśli chodzi o mnie, nie lubię opowiadań o schemacie przyszedł – wsadził – wyjął – wyszedł, a przeczytałem już setki, jeśli nie tysiące, w kilku językach. Większość zakłada, że bohater/ka byli "piękni", o bohaterach nie wiemy nic poza pobieżnym wyglądem. Seks oderwany od realiów życia mnie jakoś nie bierze, może jak bylem młodszy... Ale to wszystko zależy od czytającego.
                              onanizm po węgiersku – vàlenye kőnyà

                              Skomentuj

                              • trujnik
                                Seksualnie Niewyżyty
                                • Mar 2018
                                • 201

                                #30
                                15. (przedostatni)

                                Tim odłożył telefon i z powrotem wśliznął się do łóżka.
                                – No, załatwione – powiedział. – Matka mówi, że odwołała pościg. Jesteśmy wolni! – oznajmił wesoło i śmiejąc się natarł mi uszy.
                                – I nie będzie żadnych innych konsekwencji? – nie chciało mi się wierzyć. Pamiętam, jak jedna kumpela z klasy uciekła kiedyś z domu. Później miała przerąbane: policja, psycholog, chyba nawet do psychiatry ją wysłali. O tym wszystkim zapomniałem, kiedy podejmowałem decyzję o ucieczce. Co prawda później, zwłaszcza w autobusie, gryzło mnie trochę sumienie, ale ono ma to do siebie, że gryzie. Uważam, że postąpiłem jak najbardziej słusznie i gdybym miał jeszcze raz uciec, zrobiłbym to bez wahania. Oczywiście z Timem, samemu bym się bał.
                                – A jakie mogą być konsekwencje, poza tym, że przyjdzie ktoś z es es i pogada ze mną czy moją matką?
                                – Es es? – zdumiałem się. Co mają niemieccy faszyści do cichego, spokojnego domku gdzieś na zachodzie Anglii?
                                – Social Services, jak to się u was mówi?
                                – Opieka społeczna – podpowiedziałem. Chyba o to mu chodziło.
                                – Właśnie. Oni są nawet gorsi niż prawdziwe SS, męczący i upierdliwi, jak to mówimy po angielsku, ból w dupie. Ale nie wezmą cię do poprawczaka, najwyżej, ale to już musiałbyś mocno nabroić albo mieć na pieńku ze starszymi, wyślą cię do takiego domu opieki. Ta opieka jest tam tylko w dni powszednie, od dziewiątej do piątej, a później hulaj dusza. Tam dopiero jest chlanie i ćpanie. Jeszcze nie spotkałem nikogo, kto by stamtąd wrócił lepszy, a znam kilka osób, które tam poszły.
                                – W Polsce coś takiego nie jest możliwe – powiedziałem. – No ale dość o tych smutnych sprawach. Masz jakieś konkretne plany na dziś?
                                – Dużo męczenia prosiaczka, ale to na później. Przede wszystkim pojedziemy do miasta, trzeba jakieś zakupy zrobić, a poza tym na pewno chcesz zobaczyć Bristol. Co prawda tu nie bardzo jest tu co oglądać, ale ty przecież jeszcze nie byłeś w Anglii.
                                – Jest coś fajnego w tym mieście?
                                – Nic, ale to ty sam ocenisz – odpowiedział ze znudzoną miną. Może dla niego Bristol jest nudny, dla mnie nie ma nieciekawych miast, zwłaszcza jeśli mam je zobaczyć po raz pierwszy.

                                Siedzieliśmy w kuchni, Tim smażył jajecznicę, kiedy rozległo się pukanie do drzwi.
                                – Kto to może być? – zapytałem. Ale Tim nie wiedział.
                                – O tej porze? Najwyżej listonosz z paczką, ale przecież matka nic nie zamawiała, chyba że przez komórkę, ale jej o to nie podejrzewam. Idź i otwórz, bo ja to przypalę.
                                W miarę jak zbliżałem się do drzwi, pukanie stawało się coraz głośniejsze i bardziej natarczywe. Gdy już byłem przy drzwiach, zerknąłem przez szybkę po lewej. Przed domem stały dwa policyjne samochody, w charakterystyczną niebieskożółtą kratkę. No to po nas. Jeden dla Tima, drugi dla mnie. I pewnie rozwiozą nas na przeciwległe krańce Anglii. Biec do Tima do kuchni czy po prostu otworzyć? Serce zaczęło mi dudnić tak, że aż czułem je w gardle. Ciekawe czy założą nam kajdanki?
                                Drzwi załomotały jeszcze kilka razy, zanim otworzyłem je. Prawie cały widok na przeciwną stronę ulicy zasłaniała para policjantów w czarnych strojach, mężczyzna i kobieta. Biały napis POLICE nad kieszonką munduru tylko wzmagał grozę.
                                – Dzień dobry – przywitała się kobieta, niewysoka brunetka, krótko obcięta, wyglądająca na sympatyczną. Cały czas się uśmiechała. – Możemy wejść?
                                Przecież jej nie powiem, że nie. Przecież nie będę gadał z nimi w progu, zwłaszcza z moim angielskim. Już wczoraj przekonałem się kilka razy, że czeka mnie masa nauki.
                                – Proszę bardzo – odpowiedziałem i zaprowadziłem ich do kuchni, gdzie Tim właśnie nakrywał do stołu i nalewał herbatę do szklanek. Myślałem, że przestraszy się bardziej niż ja, ale on tylko się uśmiechnął. O tyle dziwne, że na co dzień uśmiecha się bardzo niewiele i jest śmiertelnie poważny.
                                – Jak się czujecie? Wszystko w porządku? – odezwała się znów policjantka. No do ciężkiej cholery, czy to jest policja czy teatr? Brzmiała jak moja nauczycielka od angielskiego na jednej z pierwszych lekcji. Przecież nie wpadli tu dwoma radiowozami tylko po to, aby zapytać, jak się czujemy.
                                – Nie przeszkadzajcie sobie – powiedziała brunetka. – Śniadanie wam wystygnie.
                                – Nie mieliście żadnych kłopotów w drodze? – zapytał mężczyzna.
                                – Nie... – odpowiedział Tim, pewnie celowo z pełnymi ustami.
                                – Pokłóciliście się z rodzicami? – dociekała kobieta. I wtedy Tim powiedział coś, co mnie zamurowało.
                                – Nawet nie to. Nie każdemu rodzicowi łatwo jest pogodzić się z homoseksualizmem swoich dzieci.
                                Patrzyłem przerażony, jak na to zareagują policjanci, ale oni nie zareagowali w ogóle, to znaczy nie tak, jak się spodziewałem.
                                – Każdy nastolatek ma jakieś problemy, jedni mniejsze, drudzy większe. Jeśli nie narozrabialiście po drodze, nikt nie powinien mieć do was pretensji. Macie jakieś pieniądze do czasu przyjazdu rodziców?
                                – Tak, starczy nam, najwyżej matka poratuje jakimś przelewem albo zamówi zakupy przez internet z odstawą do domu. Jak nie, poproszę piekarza z tej piekarni na rogu o pożyczkę i później odrobię.
                                Widać była to odpowiedź, jakiej policjanci się spodziewali, bo nie pytali już o nic więcej i, zapytawszy, czy nie potrzebujemy innej pomocy wyszli. Patrzyłem jak odjeżdżali tymi swoimi radiowozami. Dziwna u niech ta policja. Gdyby nie mundury to można by pomyśleć, że to sławetne SS, o którym mówił Tim. W Polsce policjanta chyba nie byłoby stać na taką pogawędkę, a już na pewno nie przyjechaliby zapytać się jak się czujemy. Wróciliśmy, sprawa załatwiona, koniec problemu.

                                – I po co im to mówiłeś – napadłem na Tima, kiedy już wróciłem do kuchni. – Co to ich obchodzi, dlaczego uciekaliśmy? Wim spokojnie obserwował mój wybuch furii, odłożył ostatni talerz na suszarkę, wytarł ręce i usiadł koło mnie, chwytając mnie za gips.
                                – Teraz posłuchaj mnie uważnie. Po pierwsze, tu nie jest Polska, gdzie takich jak my bije się na ulicy i wyrzuca z pracy. Poza kilkoma idiotami, głównie kibicami różnych Chelsea czy Srelsea, tu jest to traktowane najzwyczajniej pod słońcem. Jesteś jaki jesteś i masz prawo zachowywać się jak chcesz, o ile rzecz jasna nie robisz nikomu krzywdy. Po drugie, czy zauważyłeś, że nasza ucieczka nie zawierała żadnego kłamstwa? Wszystko było oparte na prawdzie. Tak samo tutaj. Jak przyjdzie co do czego, nie będziesz się plątał, nikt ci nie udowodni czegoś dokładnie odwrotnego, bo nie będzie w stanie.
                                – To oświadczenie, które pokazałeś gliniarzom przed tym dworcem autobusowym w Londynie, też było na sto procent prawdziwe, prawda? – zakpiłem.
                                – No nie... To był stan wyższej konieczności i teraz trochę żałuję, że im to pokazałem, ale byłem już potwornie zmęczony i chciałem, by to się jak najszybciej skończyło. Również ze względu na ciebie.
                                Co do tego byłem absolutnie pewny.
                                – Dużo jeszcze miałeś przygotowanych takich tricków na stan wyższej konieczności?
                                – Możesz mi nie wierzyć, ale ten był jedyny – zapewnił żarliwie Tim, a ja nie miałem żadnych podstaw, by mu nie wierzyć.

                                Ten dzień spędziliśmy na życiu domowym i gospodarskim, odkurzanie, sprzątanie pokoju i tym podobne. Z tej okazji Tim zrobił gruntowną rewizję w pokoju Sama i pewnie coś znalazł, bo był prawie tak zadowolony jak po naszych nocnych wyczynach w łóżku. Nawet nie chciałem go pytać co to takiego, bo pewnie by mi nie powiedział. Trochę mnie martwi, że w tej naszej przyjaźni nie jesteśmy równi. Tim może mi się sprzeciwić, ja jemu nie. O wszystkim, co będziemy robić decyduje on. Poza tym jest strasznie upierdliwy, jeśli chodzi o takie drobiazgi jak wycieranie rąk, mycie zębów i podobne, prawie jak moja matka, to już przy ojcu mam o wiele więcej luzu. Ale czy to takie złe? Tim przecież wykonuje większość niewdzięcznej roboty i zwalnia mnie trochę z odpowiedzialności. Czasem mi się wydaje, że doszedł mi nowy ojciec. Jak to mawiają, od przybytku głowa nie boli.

                                Bristol nie zaskoczył mnie. Były rzeczy, które mi się podobały, były takie, które mniej, jak w każdym mieście. Mają piękny dworzec kolejowy, ładny uniwersytet i kanał, za to wcale nie zachwycała mnie architektura, brak było jakiegoś dominującego stylu i wszystko było zupełnie wymieszane. Nie chciałbym tu mieszkać, jeśli o to chodzi. Tim za to czuł się jak ryba w wodzie i pokazywał mi wszystko z dumą rodowitego Brystolczyka.
                                – Czy wiesz, że ten most jest pierwszy tego typu na świecie? – pytał, gdy pokazywał mi Clifton Suspension Bridge. Gdzieś już widziałem podobny, aha, Most Grunwaldzki we Wrocławiu na wycieczce szkolnej. Jednak bristolski był o wiele bardziej majestatyczny, poza tym jakby zawieszony nad przepaścią.
                                – Ciekawe, czy dołem przeleciałby samolot – zastanowiłem się głośno, bo przestrzeni było co niemiara. Potrzeba było tylko sprawnego pilota.
                                – Nie tylko przeleciałby ale i przeleciał, niestety roztrzaskał się o tamte klify – Tim wykonał nieokreślony ruch ręką. Staliśmy na moście i spoglądaliśmy w dół. Normalnie mam lęk wysokości i nie dla mnie takie widoki, ale z Timem bałem się o wiele mniej, zwłaszcza kiedy położył mi rękę na ramię.
                                – Ej, zostaw, co ludzie powiedzą? – zaprotestowałem.
                                – Co powiedzą? Że jest nam dobrze razem? – odpowiedział Tim i puścił do mnie zawadiackie oko.
                                onanizm po węgiersku – vàlenye kőnyà

                                Skomentuj

                                Working...